Przepisy wegańskie i wegetariańskie oraz opinie o restauracjach, kawiarniach i innych miejscach.

Miejsca

niedziela, 06 lipca 2014

Troszkę ponad tydzień temu miałam przyjemność i szczęście pojechać do Oświęcimia na długo wyczekiwany koncert mojego ukochanego zespołu Soundgarden, który zagrał w ramach Life Festival Oświęcim. Ponieważ droga z Bydgoszczy do Oświęcimia jest dość długa (do tego wybrałam przejazd komunikacją publiczną) nie wyobrażałam sobie sytuacji, że po skończonym koncercie będę się pakować w pociąg czy PKS i jechać do domu. W związku z tym jeszcze w listopadzie zeszłego roku postanowiłam zorganizować sobie (i innym towarzyszom wyprawy) nocleg właśnie w Oświęcimiu, by odpocząć po podróży i po koncercie. 

Budżet jaki sobie założyłam to max 200 zł za pokój/dobę, a potrzebowałam dwóch pokoi. Zaczęłam przeglądać różne oferty w sieci, sprawdzając na mapie odległość od miejsca koncertu. Kilka miejsc wybrałam, w niektórych nie było miejsca na wskazany przeze mnie czas, w innych nie podobał mi się wystrój czy coś innego. Wreszcie mój P. zadzwonił do jednego z miejsc hotelowych i dowiedział się, że są wolne miejsca, zarezerwował je telefonicznie. Po rozmowie napisałam maila, by mieć rezerwację potwierdzoną pisemnie. Następnego dnia otrzymałam odpowiedź z owego miejsca, że pracownik się pomylił i na ten czas wszystkie pokoje są zarezerwowane. Jak to się mówi "witki mi opadły", nie wytrzymałam i z tego stresu nie byłam miła dla osoby udzielającej mi tej informacji w mailu, za co szczerze później przeprosiłam. Osoba ta również przeprosiła za zaistniałą sytuację i chcąc się zrehabilitować podała mi kontakt do jakiegoś księdza, który na ten czas mógłby udzielić noclegu. Ponieważ stety/niestety ze wspólnotą katolicką nie mam zbyt dużo wspólnego wolałam poszukać innego miejsca noclegowego, choć przyznam, że nie było to łatwe.

W końcu stwierdziłam, że podwyższę zakładany budżet. W związku z tym trafiłam na stronę Hotelu Olecki. Cena za pokój dwuosobowy to 210 zł wraz ze śniadaniem. Pooglądałam sobie zdjęcia na stronie, spojrzałam na mapę - wszystko grało. Napisałam maila z zapytaniem o rezerwację. Dość szybko otrzymałam informację zwrotną, że są miejsca w podanym przeze mnie terminie. Ucieszyłam się bardzo, szybko potwierdziłam rezerwację. Należało zrobić przedłatę 50% na podstawie faktury proformy, którą otrzymałam z hotelu mailem a w niedalekiej przyszłości pocztą. Bardzo podobał mi się sposób korespondencji z obsługą pracującą w hotelu. Maile były wybitnie grzeczne, profesjonalne, zawierały stopkę... Może nie powinnam się dziwić, ale podczas korespondencji z jednym z hoteli otrzymałam tekst, który brzmiał "z łaski swojej" (może przesadzam, ale poczułam się niefajnie jako potencjalny klient). Rozmowy telefoniczne również były idealne, obsługa udzielała mi odpowiedzi na wszelkie pytania. Naprawdę byłam i jestem pod wielkim wrażeniem. 

W zeszłym tygodniu zjawiłam się na miejscu.

Otworzyłam drzwi, recepcja czysta i ładna.

Pan z obsługi spisał moje dane, dokonałam drugiej części płatności. Wszyscy otrzymaliścy klucze do naszych pokoi, które znajdowały się na drugim piętrze. 

Nie zauważyłam windy, by się tam dostać. Dobrze, że nie miałam dużego bagażu, bo mogłoby być mi ciężko. Znalazłam swój pokój, kartą z chipem otworzyłam go. W środku znajdowały się trzy jednoosobowe łóżka, z białą pościelą, obok nich stał stolik nocny wraz z lampką i telefonem. Wszystko było czyste i przygotowane go tego, by po długiej i niewygodnej podróży rzucić się i spać. Właśnie tak zrobiłam :-) Do koncertu było jeszcze kilka godzin, więc wykorzystałam ten czas na regenerację mojego umęczonego podróżą ciała. Spało się bardzo wygodnie w tym łóżku.

 

Na zdjęciu powyżej widać skrawek telewizora, nie był on używany przeze mnie, ale P. sprawdził ile jest kanałów - 5.

Przed moim rzuceniem się na łóżko w poszukiwaniu odpoczynku trzeba było się jeszcze odświeżyć. Weszłam do łazienki a tam na ścianach biało -brązowe kafle, czyściutki prysznic, kibelek też czysty;-) Odświeżyłam się pod tym prysznicem mając jednocześnie wyrzuty sumienia, że niszczę cudzą pracę w postaci idealnie umytej szyby kabiny prysznicowej. 

Jeśli ktoś nie zabrałby ze sobą szamponu czy żelu pod prysznic to jest on dostępny w małych hotelowych buteleczkach. Minusem dla mnie jest to, że nie było w łazience suszarki do włosów, było w niej również dość ciemno, czego niestety nie dało się zmienić. Dzięki temu miałam z łazience intymny klimat, ale gdybym chciała zrobić sobie jakiś makijaż to mogłoby być ciężko - w tym wypadku warto mieć swoje lusterko i zrobić go w pokoju gdzie zdecydowanie jest więcej światła.

Po kilku godzinach odpoczynku czas było iść na koncerty, których królem był oczywiście zespół Soundgarden :-) 

Podczas powrotu z tego fantastycznego wydarzenia kupiliśmy sobie piwko w sklepie i wypiliśmy przy hotelu pod parasolkami (restauracja była już niestety nieczynna).

Rano, chwilę przed siódmą trzeba było zrobić pobudkę, by szybko zejść na śniadanie i zdążyć na pociąg. Na wejściu do hotelowej restauracji czeka taki oto zestaw do przygotowania sobie napoju:

Zrobiłam sobie kawę i poszłam na poszukiwania czegoś do zjedzenia. 

Wyboru zbyt dużego nie było, kilka rodzajów pieczywa, dla mięsożerców kiełbaski i wędliny, dla mnie jako dla osoby laktoowowege jajecznica, ser, warzywa, czyli pomidor i ogórek. Osoba, która jest weganinem myślę, że mogłaby mieć mały problem ze śniadaniem, ale jakoś dałaby sobie radę. W każdym razie ja nie byłam oryginalna i wzięłam sobie to co zawsze w hotelu biorę:

Wszystko było smaczne, bułeczka świeża, jajecznica nie była przesolona, na stole stały przyprawniki, by posolić czy dopieprzyć danie. Wyszłam ze śniadania najedzona i pobudzona śniadaniową kawą. 

Niestety trzeba było się już zbierać, by zdążyć na pociąg do Krakowa, z którego jechaliśmy do Bydgoszczy. Szkoda, bo jeszcze ucięłabym sobie małą drzemkę po śniadaniu ;-)

Do hotelu z dworca PKP (i odwrotnie) spokojnie można się przejść. Na poniższej mapce widać, że nie jest to daleko, niecałe 2 kilometry.

Do stadionu MOSIR, na którym odbywały się koncerty jak widać też daleko nie jest, ale my burżuje wzięliśmy taksówkę, za którą zapłaciliśmy 10 zł, a w drogę powrotną 15 zł (pani chyba celowo nie włączyła taksometru, a kiedy zostało to zauważone tłumaczyła się, że zaraz dobowy raport będzie robić...). 

Hotel mieści się też bardzo blisko Miejsca Pamięci i Muzeum Auschwitz-Birkenau, w zasadzie po drugiej stronie ulicy znajduje się wejście do muzeum oraz parking. 

Myślę, że ważną informacją jest także to, że bezprzewodowy internet w hotelu znajduje się tylko w recepcji. Jest jednak możliwość pobrania z recepcji kabla do laptopa, który podłączy nas do cieci. Niestety nie działa on z urządzeniami mobilnymi. 

Ze strony intenetowej hotelu dowiedziałam się też, że jest możliwość przyjazdu wraz ze swoim zwierzakiem, jego pobyt jest dodatkowo płatny. Jednak i tak uważam, że jest to bardzo fajne dla kogoś kto podróżuje ze swoim pupilem.

Ogólnie jestem bardzo zadowolona z pobytu w hotelu, pomimo tego, iż byłam tam tylko chwilę. Było profesjonalnie, czysto, spokojnie, miło, a także smacznie.

 

Tagi: hotel
18:35, marrrgott , Miejsca
Link
niedziela, 18 sierpnia 2013

Dziś chciałabym Wam opisać i pokazać miejsce, gdzie przez ostatnie 4 lata miałam okazję spędzać wakacje, czyli ośrodek wypoczynkowy Arek, który znajduje się w Gąskach, niedaleko Mielna. Trafiłam na to miejsce zupełnie przez przypadek, kiedy cztery lata temu razem z P. błądziliśmy w okolicach Mielna i szukaliśmy jakiegoś noclegu, by dwie noce spędzić nad Bałtykiem. Poszukiwania nie były łatwe - większość informacji o wolnych pokojach była nieaktualna, a jeśli nawet jakiś pokój był wolny to na taki krótki czas nie chciano nas przyjąć tłumacząc się na przykład dodatkowym kosztem prania pościeli. Nawet za dodatkową opłatą za pranie nie udzielono nam noclegu:-(

Wreszcie dotarliśmy do Gąsek. W pierwszym upatrzonym miejscu - brak możliwości noclegu. Drugim miejscem był właśnie ośrodek "Arek", gdzie bardzo miła pani właścicielka poinformowała nas, że nie ma problemu, by zatrzymać się na dwie noce. Pokazała nam pokój, który przypadł nam do gustu, powiedziała ile będzie to kosztować (cena była bardzo OK), otrzymaliśmy klucz i już mogliśmy się cieszyć krótkim wypoczynkiem. Tak nam się tam spodobało, że byliśmy tam kilka razy.

 

Pokoje, które mieliśmy okazję wynajmować nie są luksusowe. Dwa łóżka, które można przesunąć, by je połączyć, szafa, stolik, dwa krzesła, szafka nocna, mały telewizorek, no i łazienka z prysznicem. Łazienka skromna, nie jest urządzona nowocześnie, ale jest czysta i spełnia swoją funkcję. Cena: 45 zł za dobę od osoby. Od czterech lat cena ta nie zmieniła się, co jest bardzo miłe. Jest tam również kuchnia, w której można sobie pichcić co tylko się podoba, na wyposażeniu są liczne garnki, patelnie, sztućce i szklanki, więc teoretycznie nie trzeba ich ze sobą zabierać (choć jednak ja szklanki lubię mieć swoje). Dostępny jest też czajnik elektryczny w kuchni - jeden, ale nie widziałam, żeby ktokolwiek się o niego bił. Do każdego pokoju przypisana jest mała lodóweczka, w której możemy przechowywać naszą żywność. Lepiej jest trzymać ją w woreczkach, gdyż z małego zamrażalnika w lodówce cieknie trochę woda (jest to jednak mały minus).

 

Ze strony internetowej wiem, że można wynająć tam pokoje lepsze niż te, w których byłam, jednak nigdy nie zapytałam ile one kosztują. Pokoje, w których miałam okazję spędzać wakacje są dla mnie zupełnie wystarczające.

Jeśli ma ktoś ochotę spędzić czas pod namiotem to oczywiście także może. Do dyspozycji jest duże pole namiotowe.

 

Ośrodek posiada własne wejście na plażę, przez co dojście na nią zajmuje około minutę. Na terenie ośrodka znajdziecie także trzy altanki z grillem, ławeczki i stoliki przy których można napić się kawy czy zapalić papierosa (w pokojach jest zakaz palenia), pole do siatkówki. Blisko jest sklep, w którym znajdziecie dużo różnorodnych produktów oraz świeże pieczywo. Można tam płacić kartą. Ceny są trochę wyższe niż w miastach, ale to zrozumiałe.

"Arek" mieści się około kilometra od najważniejszej części Gąsek, czyli miejsca, gdzie jest latarnia morska, na którą można wejść by podziwiać widoki. Są tam też miejsca, gdzie można się posilić. Niestety podają tam głównie ryby. Można tam kupić także pamiątki, takie jak wszędzie nam morzem, nic szczególnego. Przy głównej ulicy (Nadbrzeżnej) można za to natrafić na stragany z bardzo ładnymi warzywami i owocami, które są o niebo lepsze niż te ze sklepu.

Ważnym dla mnie aspektem w ośrodku "Arek" jest to, że można tam ze sobą zabrać zwierzęta. Mogą one tam przebywać bez dodatkowej opłaty, jednak jest pewien warunek - trzeba po nich sprzątać (nie jest to chyba wygórowany wymóg), co ludzie robili, przez co było czysto.  W tym roku było dużo ludzi ze swoimi zwierzakami, co mnie co cieszy.

 

 

Ludzie jak dotąd zachowywali się kulturalnie i grzecznie. No, może poza małym incydentem, gdzie jakaś rodzinka ze znajomymi w pokoju obok urządziła sobie imprezkę po godzinie 23... Niestety słychać ich było bardzo, całe szczęście jakiś inny sąsiad przywołał ich do porządku i można było spać.

Jeśli macie dzieci i boicie się, że będą się nudzić, to się nie martwcie. Z roku na rok jest tych dzieci coraz więcej (i ktoś chce mi wmówić, że jest niż demograficzny???), zapoznają się i tworzą swego rodzaju dziecięce gangi bawiące się i goniące pod wieczór, gdy rodzice są zajęci na przykład grillowaniem. Poza tym dostępny jest plac zabaw, trampolina, gdzie dzieciaki mogą się wyskakać, pole do siatkówki i piłki nożnej.

Od rana do wieczora po ośroku chodzą panie sprzątające i sprzątają nawet tam, gdzie według mnie było czysto. Mam do nich wielki szacunek za tak ciężką pracę, często w palącym słońcu i upale.  

Lubię Gąski za to, że w porównaniu do Mielna czy Sarbinowa nie ma tam jeszcze aż tak wielu osób. W Sarbinowie przy głównej ulicy znajdziemy milion pięćset sto dziewięćset straganików, restauracji i mnóstwo ludzi. W Gąskach tak na prawdę dużo ludzi jest przy latarni morskiej, przy głównej ulicy nie znajdziemy zbyt wielu straganów i miejsc gdzie można kupić jedzenie i pamiątki, choć widzę, że powoli już zaczyna się to zmieniać - w tym roku po raz pierwszy widziałam nową smażalnię ryb i pizzerię Atom, której wcześniej nie było. Mam nadzieję jednak, że przemiana ze spokojnego miejsca w centrum turystyczne potrwa jeszcze kilka lat.

Pomimo tego, że wakacje w Gąskach wspominam bardzo dobrze, nie wiem czy jeszcze tam wrócę. Mam ochotę poznać i zobaczyć coś nowego. Ale jeśli zwycięży sentyment i atrakcyjne (dla mnie) ceny pobytu to pojadę tam. Może będziemy mieli okazję się spotkać?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

09:53, marrrgott , Miejsca
Link
środa, 06 marca 2013

Po pierwszym dniu targów trzeba było udać się na odpoczynek. Nogi od całodniowego stania strasznie bolały, marzyłam o tym by poleżeć sobie w wygodnym łóżku.

Firma zarezerwowała nam hotel, który nazywa się Amadeus. Ucieszyłam się, gdyż dotychczas nie miałam okazji być w czterogwiazdkowym hotelu. Po dotarciu na miejsce okazało się, że nie ma dla mnie pokoju. Trochę się tym faktem zdenerwowałam. To nie był błąd hotelu - po prostu firma zrobiła rezerwację na nazwisko koleżanki, która była pierwsza brana pod uwagę na wyjazd. Całe szczęście okazało się, że ten problem da się szybciutko rozwiązać. Dostałam więc kartę do pokoju i targając swoją walizę wkroczyłam do przeszklonej windy, by dostać się na pierwsze piętro.

Pokój znaleziony! Wchodzę;-) A tam: wielkie łóżko (miałam szczęście - nie wiedzieć dlaczego dostałam pokój dwuosobowy), czysto, dość przestronnie. Spodobało mi się tam. Szybko ściągnęłam z siebie sztywniackie, eleganckie wdzianko, ubrałam swój ulubiony wyciągnięty sweter i udałam się do pobliskiego centrum handlowego po coś do picia - korzystanie z minibaru było nieopłacalne. Za to lodóweczka idealnie posłużyła za chłodziarkę do zakupionych napojów.

Poniżej zdjęcia pokoju (zdążyłam już trochę nabałaganić;-):

 

 

 

 

Po powrocie ze sklepu i chwili odpoczynku udałam się na spotkanie przy kolacji z ludźmi z pracy. Restauracja hotelowa jest bardzo ładna, elegancka. K. zrobiła wcześniej rozeznanie, czy w karcie dań znajduje się jakieś danie wege. No jest. Nawet dwa dania. Trochę mało, ale co tam, ważne, że mogłam czymś się posilić. Zamówiłam sobie piwo oraz makaron linguine z pesto rosso z kawałkami dyni. Nigdy dyni nie jadłam, więc byłam ciekawa jej smaku. Na "dzień dobry" otrzymaliśmy pieczywko. Podobno smaczne, ja nie jadłam, ale wyglądało ładnie.

Później każdy z nas otrzymał coś dziwnego - buraczki z jakimś plastrem mięsa podane w mini-miseczkach. Nie zrobiłam zdjęcia, zapomniałam, byłam zajęta rozmową. Szkoda, że nie zapytali, czy ktoś życzy sobie taką przystawkę - odmówiłabym lub wzięłabym same buraczki (które uwielbiam), a tak moja porcja pewnie się zmarnowała.

Na dania główne czekaliśmy dość długo - około godziny. Żołądek skręcał mi się z głodu. Jednak jest na to usprawiedliwienie - przy stole było około 15 osób, a potrawy zostały podane niemalże jednocześnie - musiało więc to trwać (chyba nie ma gorszej sytuacji w restauracji jak dostaje się posiłek wcześniej niż inni - jeść wtedy czy nie jeść?). W końcu nadszedł mój makaron.

Porcja makaronu dość duża. Wyglądała OK. Zabrałam się za jedzenie i bardzo mi zasmakowało. Oprócz makaronu, pesto rosso i dyni na daniu znajdował się ser a w daniu... małe kuleczki pieprzu, które przyjemnie trzaskały pod naciskiem zębów:-) Pomimo tego, iż pieprz był dość ostry fajnie komponował się z łagodnością pesto i dyni. Chyba muszę coś podobnego zrobić w domu. Tak czy siak był to najdroższy makaron w moim życiu. Za taką porcję trzeba zapłacić 12,50 euro. Wiem, że to pewnie całkiem normalna cena u naszych zachodnich sąsiadów, ale jak przeliczyłam sobie tę cenę na złotówki, to nie było tak fajnie. Ale co tam, nie potrafiłam sobie odmówić.

Po kolacji, z pełnym już brzuszkiem wróciłam do pokoju. Wzięłam prysznic i położyłam się na bardzo wygodnym wielkim łóżku. W TV nie znalazłam nic ciekawego, więc dość szybko zasnęłam.

A tak wyglądała łazienka:

Posiadała suszarkę, ręczniki, lusterko powiększające do makijażu oraz mydło do ciała i włosów. 

O siódmej rano poszłam na śniadanie. Szwedzki bufet, mnóstwo różności do wyboru. Ja zdecydowałam się na pieczywo, jajecznicę, kuleczki mozzarelli i pomidorka zapiekanego z serem. Następnego ranka zjadłam podobne śniadanie, dodałam sobie tylko placuszki pancakes z owocami. Śniadanie smakowało mi. Jajecznica mogłaby być trochę mniej ścięta (w zasadzie można było kroić ją nożem), ale była smaczna, łagodna w smaku. Pomidorek zapiekany z serem też był smaczny (choć za drugim razem trochę im się przyjarał). Placuszki pancakes - smaczne, fajnie pasują do nich owoce, bardzo delikatne w smaku i konsystencji. Do picia miałam kawę, choć można było sobie zaparzyć herbatę lub wziąć sok. Wiele rodzajów herbat było do wyboru. Mogłam też wybrać na śniadanie inne rzeczy: płatki śniadaniowe, jogurty, dla mięsożerców były kiełbaski. Pewnie wielu potraw nie zauważyłam, było ich naprawdę wiele. Oczywiście znów okazało się, że były to najdroższe śniadania w moim życiu - tak jak makaron kosztowały 12.50 euro. Za to najadłam się do syta i posiłek ten starczył mi na wiele godzin pracy.

 

Największym problemem w hotelu był internet. Nie działał w pokoju - nie tylko u mnie, koledzy też się żalili. Obsługa twierdziła, że to wina tego, że jest bardzo wielu gości. Dziwne to, gdyż po zejściu do baru czy restauracji - działał. Może nie śmigał z zabójczą prędkością, ale dało się sprawdzić pocztę, czy poczytać jakiś portal by dowiedzieć się co tam w Polsce słychać.

Co do reszty nie mam zastrzeżeń. Oczywiście nie było tam tak domowej atmosfery jak w Pension Lippert, ale i tak było OK. Niestety nie wiem ile kosztowały te pokoje. Ale myślę, że jak ktoś ma pieniądze i nie będzie mu przeszkadzał problematyczny internet to będzie zadowolony z hotelu.

Oto strona internetowa: Hotel Amadeus, Frankfurt nad Menem.

Tagi: hotel
17:22, marrrgott , Miejsca
Link Komentarze (2) »
środa, 27 lutego 2013

Nie udało mi się uniknąć wyprawy służbowej na Targi Ambiente do Frankfurtu nad Menem. W obawie przed długą jazdą samochodem (starsznie mnie to stresuje) zapodałam sobie solidną dawkę uspokajacza z apteki i trochę się wyciszyłam. Po około ośmiu godzinach jazdy trzeba było pomyśleć o noclegu, by stamtąd z samego rana pojechać do pracy. M. włączył wyszukiwanie miejsc noclegowych w swojej nawigacji, wyświetliło się ich kilka. Wybraliśmy miejsce o domowej nazwie (nie pamiętam jakiej) i pojechaliśmy pod wskazane miejsce - miejscowość Alsfeld-Eifa. M. porozmawiał z właścicielem miejsca po niemiecku (nic nie rozumiałam, pomimo lekcji niemieckiego w liceum) i okazało się, że tam miejsc nie ma - nie wiem już czy nie było wolnych miejsc, czy po prostu miejsce to nie było czynne. W każdym razie pan skierował nas do miejsca, gdzie ktoś mógłby nas przyjąć.

Pojechaliśmy około dwustu metrów dalej, M. zadzwonił do drzwi domu, który wyglądał na prywatny. Otworzyła pani, która powiedziała, że pokoje są. Super! Nie będziemy musieli szukać dalej i będzie można trochę odpocząć. Wtargaliśmy swoje walizy na wskazane piętro. Tam okazało się, że pokoje są dwuosobowe, tyle że z jednym łóżkiem. Dla mnie to żaden problem - pokój miałam dzielić z koleżanką z pracy, łóżko było duże, dwie kołdry, dwie poduszki. Koleżanka D. też nie miała z tym problemu. Jednak M.J., który miał dzielić pokój (a w zasadzie łóżko) z M. był średnio zadowolony i powiedział, że kategorycznie na co takiego się nie zgadza. W związku z tym, pani właścicielka bez problemu zaproponowała dwa oddzielne pokoje, ale z jedną wspólną łazienką. Chłopacy przystali na tę propozycję.

A oto pokój w którym byłam:

Czysty, ładny. Przed naszym przyjazdem nie był ogrzewany, jednak pani szybko włączyła kaloryfery.

Po rozpakowaniu się wyszłam na korytarz. Spotkałam tam czarnego kota. Był bardzo przyjazny, dawał się głaskać i łasił się, przez co nie mogłam mu zrobić porządnego zdjęcia;-) Dowiedziałam się, że ma na imię Knut. Bardzo mi się spodobał. Poza tym, lubię domy ze zwierzakami. Biegał gdzieś jeszcze biały kot, ale on nie był aż tak przyjazny i nie dał się pogłaskać.

A tak było na korytarzu:

 

Po jakimś czasie pani właścicielka zapytała na którą godzinę ma przygotować śniadanie. Wybraliśmy godzinę 7. Zapytałam też, czy jest szansa, by dostać coś bezmięsnego na śniadanie. Nie było z tym problemu! Byłam bardzo zadowolona.

Jeszcze tego samego wieczoru udaliśmy się do salonu, by sobie trochę pogadać i zrelaksować się przy piwku. Było to o tyle fajne, że można było porozmawiać z ludźmi z pracy o rzeczach, o których w pracy się za bardzo nie rozmawia. Cenne doświadczenie. Podczas naszego pobytu w salonie pani właścicielka przyszła zapytać czy wszystko OK i czy może coś jeszcze podać (bardzo miłe z jej strony). Była z nią też jej mała córeczka, chyba 3-letnia. Bardzo fajna i wygadana - M. rozmawiał z nią po niemiecku, ja niewiele rozumiałam, ale nie przeszkadzało mi to, żeby stwierdzić, że jest super dziewczynką:-)

Po tych pogaduchach rozeszliśmy się, by pójść spać. Przed snem należy wziąć prysznic. Do dyspozycji miałam malutką, czystą łazienkę, z toaletą, zlewem, prysznicem i czystymi ręcznikami. Woda pod prysznicem była ciepła, a nie jak gdzieniegdzie się zdarza - raz gorąca raz zimna.

Małym problemem był dostęp do internetu. Pomimo posiadania hasła - nie działał. Ani w moim telefonie, ani w laptopie D. No to chciałyśmy chociaż telewizor włączyć - a tam - niebieski ekran. Jakoś nie potrafiłyśmy ustawić sobie kanałów. Następnego dnia okazało się, że chłopakom wszystko działało - i telewizor, i internet. Może dlatego, że pokoje mieli położone nisko - a nie jak my na pierwszym piętrze. Jednak brak internetu i telewizora nie był jakiś dotkliwy. Pogadałyśmy sobie przed snem i poczułam się trochę jak na obozie, gdzie właśnie rozmowy przez snem były najciekawsze i najbardziej przeze mnie oczekiwane.

Jeśli chodzi o łóżko, na którym spałam było bardzo wygodne, kołdra gruba, można było nią się ogrzać, bardzo wygodna była też poduszka. Przyznam się, że bardzo się wyspałam i chętnie spałabym dalej, gdyby nie obowiązki zawodowe.

O 7 rano dnia następnego zeszliśmy do salonu na śniadanie, a tam czekał na nas zastawiony stół. Były na nim świeże bułeczki, ser, dżemy w małych słoiczkach, trochę czekolady do chleba, wędlina, miód, idealnie ugotowane jajeczko...Kurcze, super! Poczułam się bardzo domowo. Dodałabym tylko trochę warzyw, może jakiegoś pomidorka czy ogórka, ale i bez nich śniadanie było bardzo smaczne.

 

 

 

 

 

 

 

Przy porannym posiłku nareszcie internet zaczął działać;-)

Śniadanie zjadłam ze smakiem, napiłam się kawy i z pewną niechęcią ruszyłam na górę by się spakować. Chciałam zostać tam dłużej, ale nic z tego. Przed wyjazdem postanowiłam porobić jeszcze kilka zdjęć z zewnątrz.

 

 

Podsumowując: nie wiem jakim cudem, ale mam nadzieję, że jeszcze tam wrócę. Jestem pewna, że w cieplejszych miesiącach roku jest tam jeszcze bardziej przyjemnie. Do dyspozycji jest duży ogród, miejsce na grilla, cisza i spokój. To jest to co lubię. Poza tym ujęła mnie taka domowa, przyjazna atmosfera. Z panią można bez problemu dogadać się po angielsku. Bardzo podobały mi się zwierzęta. Cena - 60 Euro za pokój dwuosobowy wraz ze śniadaniem. Pensjonat ten znajduje się około 100 kilometrów od Frankfurtu nad Menem. Dane kontaktowe:

Pension Lippert

Michaela Kuster

Vorstadt 27

36304 Alsfeld-Eifa

michaela.kuester@googlemail.com

06631/4361

Zachęcam do pobytu tam!

Tagi: nocleg
18:16, marrrgott , Miejsca
Link Dodaj komentarz »
Tagi
Image and video hosting by TinyPic Durszlak.pl Vegespot.pl - Przepisy wegetariańskie
Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów Top Blogi Odszukaj.com - przepisy kulinarne
zBLOGowani.pl
Instagram