Przepisy wegańskie i wegetariańskie oraz opinie o restauracjach, kawiarniach i innych miejscach.

Restauracje

piątek, 07 lutego 2014

Tym razem byłam na spotkaniu śniadaniowym. Wybierając miejsce doszłam do wniosku, że Bydgoszcz ma nieciekawą pod tym względem ofertę. Zaledwie kilka kilka lokali je oferuje. A może jest ich więcej, tylko słabo szukałam? Nie wiem. W każdym razie L. stała klientka Manekina zauważyła, że tam także oferowane są śniadania. Nie trzeba było długo mnie namawiać na tę opcję, gdyż mam dobre doświadczenia związane z tym miejscem.

W sobotni poranek spotkałyśmy się na miejscu. Byłyśmy pierwszymi klientkami, więc nie było problemu z dostępnością stolika. Po zamówieniu kawy i herbaty okazało się, że dostępna jest skromniejsza niż na fan page'u Manekina śniadaniowa oferta - były to tosty z różnymi dodatkami (między innymi z twarożkiem i rzodkiewką) oraz jajecznica z boczkiem. Trudny miałam wybór, mimo tego, że możliwości były skromne, jednak zdecydowałam się na jajecznicę bez boczku. Rozmowa z L. pochłonęła mnie więc nie wiem dokładnie jak długo czekałyśmy na swoje śniadania, jednak nie mogło być to długo.

Śniadanko przyniosła miła pani kelnerka. Okazało się ono dość duże, przynajmniej w stosunku do swojej ceny, która wynosiła 6 zł (nie wiem jak wyglądają tosty, ale kosztują tyle samo). Na talerzu mamy naleśnik nadziany jajecznicą, obok leżała chrupiąca bułeczka, masełko ziołowe, kilka plastrów warzyw (trochę mało i były raczej ozdobnikiem). Naleśnik posypany był szczypiorkiem.

 

Wszystko smakowało jak należy, nie było za słone, za ostre. Jajecznice z dodatkiem szczypiorku to klasyka przecież. Naleśnik był delikatny, dość neutralny w smaku, ale stanowił miłe urozmaicenie dania. Masełko miało przyjemny, wyrazisty ziołowy smak. Podobał mi się również jego kształt - taki plasterek:-) Śniadanie to było bardzo sycące i smaczne. Poza tym cena - doskonała.

Spotkanie było bardzo miłe i wciągające, więc po jakimś czasie zamówiłyśmy sobie coś na słodko. L. poleciła mi pancakesy z białą czekoladą, sosem waniliowym i malinami. Mówiła też, że porcja nie jest zbyt duża. Miałam ochotę na maliny, więc skusiłam się na to. 

 

Gdy otrzymałam już swoje danie przeraziłam się wielkością. Była ona duża (kosztowała 10 zł). L. była również zaskoczona i powiedziała, że kiedyś te placuszki były mniejsze i troszkę inaczej podane. Wszystko wyglądało pięknie, słodkość sosu i białej czekolady dało się zneutralizować malinami. Nie ukrywam, że było to pyszne (zwłaszcza maliny), jednak bardzo słodkie. Nawet pomimo gorzkiej kawy nie dałam rady zjeść wszystkiego. Żałowałam, ale nie chciałam się zmuszać.

Niestety dość długo czekałyśmy na rachunek. Osoba krążąca obok naszego stolika jakby nas nie zauważała, pomimo sztućców złożonych tak, by zasugerować skończenie posiłku. Akurat siedziałam plecami do obsługiwanego "rewiru", ale L. skarżyła się na bardzo utrudniony kontakt wzrokowy. Dodam, że nie była to już pani, która obsługiwała nas na początku. Po drugie, rachunek został źle naliczony. Kawy w porze śniadaniowej są tańsze, a policzono wyższą cenę. Zastrzeżenie to zostało zgłoszone i po ok. 15 minutach po zgłoszeniu rachunek został skorygowany oraz zostały przekazane przeprosiny.

Dodatkowo, gdy pojawiło się więcej gości salę, w której siedziałyśmy zaczął wypełniać dym, który jak mi się zdaje, był wynikiem przygotowywania potraw. Nie był on jakoś strasznie uciążliwy, ale jednak wyczuwalny, w lokalu zrobiło się trochę szaro, no i nie pachniał on jedzeniem a dymem.

Mimo to fajnie jest zjeść śniadanie w Manekinie, zwłaszcza jak jest się jednym z niewielu gości, można wtedy spokojnie porozmawiać, bez gwaru innych gości dookoła. Polecam:-)

 

07:43, marrrgott , Restauracje
Link
niedziela, 08 grudnia 2013

Nigdy nie byłam w Inowrocławiu, więc kiedy nadarzyła się okazja by tam pojechać nie wahałam się ani chwili. W zasadzie uznałam, że jest to dobra okazja, by zrobić coś na co miałam ochotę wcześniej, ale jakoś do tego miasta było mi nie po drodze (choć bardzo daleko nie mieszkam) - jednak o tym później.

Do inowrocławskiego sanatorium trzeba było odwieźć "teściową". Podróż przebiegła pomyślnie, w sanatorium został przydzielony pokój, bagaże zostały wniesione. No! Teraz czas na mały spacer. Skierowaliśmy się w stronę ulicy Solankowej, która okazała się być dość długa, ale mimo wszystko przyjemnie się spacerowało oglądając piękne i ciekawe kamienice. 

Ponieważ była to pora późno obiadowa szukaliśmy jakiegoś miejsca, by smacznie zjeść. "Teściowa"  zachwalała miejsce o nazwie Róże, Fiołki i Aniołki. Hmm... moje wyobrażenia na temat tego miejsca nie były zbyt ciekawe, ale ponieważ jak się okazało za dużo opcji nie mieliśmy postanowiliśmy udać się właśnie tam.

 

Od momentu wejścia do lokalu poczułam się bardzo miło. Przyjemy zapach jedzenia, stonowane światło, muzyka w tle, delikatny gwar klientów - to jest to co mi się podoba. Mieliśmy mały problem ze znalezieniem wygodnego miejsca, gdyż te najlepsze były już zajęte. Usiedliśmy zatem przy niewielkim stole, przy którym bardzo szybko zjawiła się pełna energii pani kelnerka. Podała nam karty i dała nam chwilę na zastanowienie się.

Menu było bardzo obszerne. Jak się okazało w trakcie jego studiowania brakowało w mojej karcie kilku kartek (które na przykład miał P., ja za to miałam kartki, których nie miał on). Jakoś sobie z tym poradziliśmy. Jako posiłek wybrałam sobie makaron z borowikami, a na przeczekanie gorącą czekoladę z bitą śmietaną.

Po chwili zjawiła się pani kelnerka, która przyszła by zebrać zamówienia. Okazało się, że niestety nie mogę napić się gorącej czekolady, gdyż nie ma jej w jakiejkolwiek formie. Poprosiłam więc o coś z bitą śmietaną. Pani kelnerka ujawniła swoją znajomość karty i natychmiast poleciła mi, miałam wrażenie, niezliczone ilości takich napojów. Mój wybór padł na kawę Aniołek, z syropem migdałowym i lodami (plus oczywiście bita śmietana).

 

Kawa była pyszna, ale popełniłam jeden ogromy błąd. Zdecydowałam się ją zmieszać z osiadającym na dnie syropem. Jejku, jakie to było słodkie! Podejrzewam, że wielbiciele słodkości byliby zachwyceni, jednak ja tak do końca nie byłam;-) Ale przed wymieszaniem - pycha.

Na nasze dania czekaliśmy około 25 minut. Zostały one podane równocześnie. Porcja mojego makaronu była (jak dla mnie) olbrzymia. Początkowo zastanawiałam się gdzie są grzyby, ale okazało się, że większość ukryła się pod makaronem. Jeśli chodzi o smak - mmm.... grzybowy... Uwielbiam jeść dobre grzyby, ja ręki do nich nie mam (już chyba wiem dlaczego) więc tym bardziej było mi miło poczuć pyszny, lekko słony, smak borowików. Makaron nie był rozgotowany, grzyby - grzybowe;-) Nie czuć było dominacji jakiejkolwiek innej przyprawy nad nimi. Było to proste i jakże wspaniałe. Kawałki grzybów przyjemnie ślizgały się na języku, aż żal było je gryźć;-) Cudne... Tylko makaron i grzyby. Czy trzeba do szczęścia więcej? Oceniam tę potrawę na 4+, tylko dlatego, że zamiast świeżej natki pietruszki użyto suszonej. Ale to mały szczegół.

Podczas mojego grzybowego uniesienia spróbowałam też sosu czosnkowego, który P. zamówił do swoich pierogów z pieca (skromne 4 sztuki, ale podobno bardzo syte). Był on bardzo smaczny, lekko kwaskowy i posiadający moc czosnku. Nawet po powrocie do Bydzi nadal czułam go w ustach;-) "Teściowa" także zachwalała pierogi ze szpinakiem, które zamówiła. Jej porcja była duża (tam chyba było z dziesięć lub więcej pierogów), więc ledwo udało jej się ją zjeść.

Przy okazji płacenia rachunku, który wyniósł ok. 90 zł za 3 osoby (moje danie było najdroższe z zamówionych) pani kelnerka powiedziała nam, że można zamówić sobie połowę porcji pierogów, można również zapakować to, czego się nie zjadło, jak również zamówić na wynos wszystko. Dobrze jest o tym wiedzieć.

Ogólnie oceniam tę restaurację bardzo pozytywnie, jedzenie wszystkim smakowało, była miła atmosfera, uśmiechnięta, pomocna obsługa, muzyka zupełnie nieprzeszkadzająca... Jak będę w Inowrocławiu to chciałabym tam coś jeszcze zjeść.

(przepraszam za jakość powyższego zdjęcia, coś mi się poruszyło, co okazało się w domu) 

Ale jest też miejsce u tym mieście, do którego chyba nie będę chciała odwiedzić (chociaż kto wie?). Był to mój prawdziwy cel podróży, czyli restauracja Penelopa, która mieści się przy ulicy Solankowej 8. Chciałam odwiedzić miejsce, w którym odbywały się Kuchenne Rewolucje Pani Magdy Gessler. Miałam nadzieję na ucztę podniebienia.

 

Po wejściu do lokalu zauważyłam, że było prawie pusto. W związku z tym zapytałam obsługę, czy możemy usiąść na piętrze. Pani powiedziała, że tak. Był tam zajęty przez gości jeden stolik. Na oczach obsługi P. wziął z lady baru menu, poszliśmy, "rozpłaszczyliśmy" się. Zaczęliśmy przeglądać kartę, w której jedzenie nie wydawało się jakieś fantastyczne, ale każdy z nas coś sobie wybrał.

 

Czekaliśmy... czekaliśmy... czekaliśmy... i czekaliśmy.

 

Po 15 minutach daliśmy sobie spokój, ubraliśmy się i poszliśmy sobie. Przez około 15 minut nikt nie przyszedł, by chociaż zapytać czy podać coś do picia, czy przyjąć zamówienie. Karta nie była aż tak obszerna, by szukać w niej dania dla siebie nie wiadomo jak długi czas. Ponadto w lokalu (na piętrze) towarzyszyła nam nieprzyjemna, głośna muzyka, która nie pasowała do miejsca i niewątpliwie przeszkadzała. 

Gdy wychodziliśmy P. powiedział coś do obsługi (był zły) ukrytej za barem, podobno wyraz twarzy tej kobiety sugerował, że faktycznie o nas zapomniano :-(

Jednak dzięki temu odkryłam Róże, Fiołki i Aniołki:-) Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło;-) jak mawiają niektórzy.

09:37, marrrgott , Restauracje
Link
niedziela, 27 października 2013

No może nie do końca powrót. Dlatego, że postanowiliśmy z P. zamówić dania do domu. I tak jak poprzednim razem na klamce od drzwi znaleźliśmy ulotkę, która oferowała nam promocję - drugie danie za pół ceny. Kuszące. Nie chciało mi się gotować, więc ta oferta wydała mi się wyjątkowo atrakcyjna. Pamiętałam jednak, że ostatnim razem nasza wizyta w Stolnicy Kujawskiej była nieudana, dlatego postanowiłam niekombinować już z daniami i zamówić pierogi - czyli coś co moim zdaniem najlepiej kucharzom wychodzi.

Zamówiłam więc miks 9 pierogów - Cfane - z pieczarkami i cebulą, Bezczelne - ze szpinakiem, czosnkiem i serem (nie lubię szpinaku, ale jakoś tak czasami mnie na niego nachodzi) oraz Liche - z soczewicą. Wszystko obowiązkowo podsmażone, okraszone cebulką. Czas oczekiwania miał wynieść 60 minut. A ponieważ była to niedziela i nie od razu dodzwoniłam się do pierogarni przyjęłam, że dostawca może jednak się trochę spóźnić.

Głodna jak nie wiem co, czekałam z ciekawością na moje pierogi. Po 55 minutach zadzwonił pan dostawca domofonem i przyniósł pierogi zapakowane w styropianowy pojemnik. Były one ciepłe i pachnące. Ślinka pociekła mi momentalnie. Przełożyłam pierogi na talerz, dodałam jeszcze buraczki z poprzedniego obiadu i zatopiłam zęby w daniu.

 

Jako pierwszy ugryzłam pierożek ze szpinakiem. Jak wspomniałam wcześniej nie lubię szpinaku, jednak ten pierożek mi smakował. Ciasto delikatne, przysmażone, wyraźnie było czuć szpinak. Szału nie było, ale wszystko jednak dobrze ze sobą współgrało. Nie pamiętam już jaki był kolejny pieróg, ale powiem Wam teraz o pierogu z soczewicą. Nadzienie jasne, suche, ale smaczne. Wyraźnie przyprawione jakby majerankiem lub innym intensywnym ziołem. Ciasto równie dobre jak w pierogach ze szpinakiem. Pierogi z pieczarkami najlepsze - super farsz, klasyczny, wybitnie pieczarkowo-cebulkowy, ciemny, delikatny i wilgotny. Uwielbiam pieczarki, więc możliwe, że dlatego tak mi to zasmakowało.

 

Jestem zadowolona ze swojego zamówienia, za całość (2x 9 pierogów) zapłaciliśmy ok. 30 zł wraz z dowozem. Wszystko było ciepłe, moje pierogi były smaczne (P. również chwalił swoje), dostarczone na czas. Tylko jednego żałuję - a mianowicie tego, że nie ruszyłam dupska i nie udałam się do lokalu. Zamówione danie zniknęło w mig. W restauracji jednak bardziej można podelektować się jedzeniem, poczuć klimat miejsca, poczekać na potrawę, pooglądać obce kąty. Następnym razem wybiorę się do Stolnicy osobiście.

Stolnica Kujawska 

Tagi: pierogi
09:20, marrrgott , Restauracje
Link
niedziela, 08 września 2013

O ponownej wizycie w tej restauracji marzyłam od roku. Rok temu podczas wakacji odkryłam to miejsce i po prostu musiałam tam wrócić. Tam po raz pierwszy (jak i drugi, na razie ostatni) miałam okazję zjeść falafel, który mnie zafascynował.

W związku z tym, w tym roku tylko po to wybraliśmy się z P. do Koszalina. Cieszyłam się na samą myśl, zwłaszcza, że miałam ochotę zjeść coś więcej niż falafel (z tego co pamiętałam było tam do wyboru więcej niż jedno danie dla wegetarian).

Dotarliśmy na miejsce, godzina wczesnoobiadowa. Usiedliśmy na zewnątrz lokalu, gdyż było potwornie gorąco. Chwilę musieliśmy na kartę poczekać. W pewnym momencie przyszła do nas pani kelnerka z pytaniem czy może przyjąć zamówienie? A my nadal byliśmy bez menu... W końcu je dostaliśmy i poczytałam sobie co mają mi do zaoferowania. Było tego trochę, jednak zdecydowałam się na kotleciki z ciecierzycy, hummus i mrożoną kawę. P. zamówił coś mięsnego i oczekiwaliśmy na nasze zamówienie. Dodam, że na początek miał pojawić się hummus, a następnie, jak już zostanie zjedzony miał zostać podany falafel i danie P.

Obsługa - choć bardzo miła - była trochę zakręcona. Pani zapomniała, co zamówiłam oprócz falafela (falafla?). Dobrze, że przyszła i zapytała. Przy okazji dowiedziałam się, że falafel jest robiony bez użycia jajka (tego pani też od razu nie wiedziała, ale doceniam to, że poszła do kucharza i zapytała).

Na "dzień dobry" wkroczyła mrożona kawa ze spienionym mlekiem. Bardzo smaczna.

 

Po około dwudziestu minutach zostało przyniesione danie P. oraz mój hummus. Halo, halo, ktoś coś pokręcił... Miał być hummus, a później dania na ciepło. No ale OK, co zrobić? P. zabrał się za swoje mięsiwo, a ja za pastę z ciecierzycy. Cholerka, smaczne to! Smakowało wyraźnie ciecierzycą, podane z pomidorem, oliwą, ogórkiem i chlebkiem pita. Niestety nie mogę stwierdzić czy właśnie tak hummus powien smakować, gdyż był to mój pierwszy raz, ale uważam, że było to dobre. Z tego co słyszałam hummus robi się z dodatkiem pasty sezamowej, z odrobiną soku z cytryny. Powiem szczerze - ani sezamu, ani cytryny nie wyczułam. Może charakterystyczna woń i smak oliwy zagłuszyły te aromaty? Chlebek pita był smaczny rumiany, doskonale nadawał się na rwanie na kawałki i wybieranie nim hummusu:-)

 

W międzyczasie pani kelnerka zapytała jak ma być podany falafel. Czy zawinięty w pitę, czy podany na talerzu? Ponieważ roku temu jadłam w picie postanowiłam zjeść tym razem na talerzu - ładniej będzie się prezentować na zdjęciu;-)

Gdy już opędzlowałam całą miseczkę humusu na stół wkroczył król, czyli falafel. Jejku... Świeże warzywa, kotleciki, pokrojona na kawałki pita... Uśmiechałam się sama do siebie widząc to. Sałatka warzywna była jędrna i chrupiąca, pita - podobnie jak w przypadku hummusu rumiana i smaczna, a kotleciki? Specyficzne, charakterystyczne. Doprawione takimi przyprawami, których ja w kuchni jak na razie nie używam. Podejrzewam, że doprawione były kuminem i/lub kolendrą. Nie wiem czy to charakterystyczna cecha tych kotlecików, ale były lekko suche. Jednak nie przeszkadzało mi to, by delektować się smakami, których na codzień nie jadam. Dostałam do dania jakiś sosik, w smaku podobny do miksu keczupu z majonezem. Był OK, ale bez żadnych zachwytów.

 

Jeśli chodzi o ceny, to moje dania kosztowały zaskakująco mało. Nie pamiętam dokładnie, ale łącznie za kawę, hummus i falafel zapłaciłam ok. 30 zł. Dodam, że jednym daniem spokojnie mogłabym się najeść i tylko łakomstwo nakazało mi spróbować  dwóch. Zjadłabym więcej, ale pomimo sporych rozmiarów mojego żołądka, nie mogłam już nic w siebie wcisnąć.

Jak wspomniałam wcześniej - obsługa była bardzo miła, ale:

- długo czekaliśmy na menu

- pani nie pamiętała co dokładnie zamówiłam

- pomylono kolejność podania dań, o którą prosiłam

- w daniu P. miał być ser, a nie było (całe szczęście nie doliczono tego sera do rachunku)

- nie doliczono kawy do rachunku (w sumie byłaby ich strata, ale jakoś nie mogłam wyjść nie płacąc za to co zamówiłam)

Ale wybaczam to wszystko, bo bardzo mi smakowały zaserwowane potrawy:-)

Żałuję, że nie ma podobnego miejsca w Bydgoszczy (chyba, że o czymś nie wiem?). Klimaty Bliskiego Wschodu podobają mi się. Poza tym, wydaje mi się, że tego typu restauracje mają bogatszy wybór dań dla wegetarian. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś odwiedzę Koszalin, ale jeśli tak to z pewnością wrócę do Fenicji, by spróbować innych dań.

 

Fenicja Koszalin 

 

... i tak dla porównania. Dzień wcześniaj byłam w Sarbinowie. Trzeba było coś zjeść. Przy głównej ulicy mieści się lokal (a w zasadzie namiot) "Czym chata bogata". Widać tam jak na wielkich paterach grzeją się różne potrawy, między innymi warzywa. Kupuje się jedziedzie na wagę. I za 27 zł z groszami zamówiłam coś takiego:

Kompletnie pozbawione smaku warzywa (tylko buraczki były w miarę sensowne).  Musiałam oprószyć je obficie solą, by w ogóle były zjadliwe. Nie polecam. 

Tagi: falafel
09:08, marrrgott , Restauracje
Link Komentarze (2) »
niedziela, 25 sierpnia 2013

Podczas pobytu w Gąskach trzeba było coś jeść. OK - w miejscu moich wakacji była kuchnia, ale korzystałam z niej tym razem nieczęsto. Już dwa lata temu odkryłam z P. pierogarnię "Primavera". Jak sama nazwa wskazuje zjemy tam pierogi, ale nie tylko. Do wyboru są również zwykłe dania obiadowe, których nie miałam okazji nigdy spróbować. Pierogarnia mieści się przy ulicy Nadbrzeżnej (informacja z paragonu), jednak by się do niej dostać trzeba skręcić w ulicę Kościelną. Dostrzeżemy tam płot, za którym ustawione są stoliki i parasole. Je się tylko na zewnątrz, wewnątrz budynku mieści się punkt przyjmowania zamówień, kuchnia oraz toaleta.

 

Niewątpliwą zaletą tego miejsca jest to, że pierogi lepione są na bieżąco, widać, jak panie kucharki wrzucają się do gotującej się wody, więc trzeba na nie trochę poczekać. Menu nie jest rozbudowane i mieści się tuż przy wejściu do budynku, w którym możemy zamówić jedzenie. Zamawiamy, płacimy, dostajemy paragon z numerkiem i oczekujemy. Pół biedy, jeśli da się gdzieś spocząć. Czasem bywało, że było mnóstwo ludzi i trzeba było na wolne miejsce poczekać stojąc.

 

W tym roku nie mogłam odmówić sobie pierogów z kaszą gryczaną i twarogiem. Poznałam je rok temu i się zafascynowałam. Chciałam sprawdzić czy tym razem będą tak smaczne jak wcześniej. O tak! Były! Czterdzieści minut czekania (był full ludzi) opłaciło się. Ciasto przepyszne i delikatne, farsz zdominowany przez kaszę (uwielbiam ją, choć nieczęsto ją jadam), twaróg delikatnie przełamywał charakterystyczny smak kaszy. Dla mnie bomba. Taką ilością pierogów spokojnie można się najeść. Dwa lata temu jadłam pierogi włoskie, które mają w swoim farszu chyba dwa lub trzy rodzaje sera i są polane sosem pomidorowym. Smaczne, ale pierogi z kaszą gryczaną i twarogiem to mistrzostwo.

 

Nie ukrywam, że miałam ogromną ochotę spróbować pierogów z bobem i czosnkiem. Dlatego kilka dni później wybraliśmy się na kolejny obiad, bym mogła zrealizować swoje fantazje. Godzina była wcześniejsza, ludzi mniej. Czas oczekiwania to 20 minut. Super. Zamówiliśmy co chcieliśmy, do tego piwo i czekamy. Po około piętnastu minutach dopadła mnie pewna wątpliwość... Przypomniałam sobie, że w wielu przepisach do bobu dodawany jest boczek. Poszłam więc zapytać się, czy przypadkiem moje pierogi nie będą okraszone czymś takim. Pani przyjmująca zamówienie powiedziała, że nie. Już miałam się ucieszyć, gdy pani kucharka wychodząca z kuchni powiedziała, że w farszu jest boczek. Smutno mi się zrobiło, ale to wszystko moja wina, mogłam dopytać się wcześniej. Jednak pragnienie bobu zupełnie przysłoniło mi moje myślenie no i nie zapytałam. Dowiedziałam się również, że nie ma możliwości zmiany zamówienia, gdyż pierogi akurat są w garnku. No cóż. Poszłam do P. wyżaliłam się. Postanowiłam wziąć te pierogi na wynos, by po prostu komuś je wręczyć (P. niby nie lubił bobu). Całe szczęście mieliśmy przy sobie jeszcze trochę drobnych, więc poszłam i zamówiłam sobie pierogi z soczewicą, upewniwszy się, że nie mają w swym składzie boczku. Pani kucharka powiedziała, że nie, ale dodała, że zawierają jajko w farszu. No OK, to może być. Więc znowu musiałam czekać, a P. zajadał się swoim mięsnym posiłkiem. Postanowił również spróbować pierogów z bobem, które o dziwo zasmakowały mu i wzięliśmy je do "domu" by mógł je sobie odsmażyć.

Po jakimś niedługim już czasie dostałam swoje pierogi z soczewicą. Nie wiem z jakiego powodu, może ktoś chciał mi zrekompensować moją nieuwagę, ale dostałam dziesięć pierogów, zamiast dziewięciu. Miłe:-) I znów - ciasto smaczne delikatne, pierogi smaczne. Jednak tym razem farsz był nieco kwaskowy, nie wiem może to za sprawą jakiejś przyprawy? Ogólnie smakowało mi, ale trochę im brakowało do pierogów z kaszą gryczaną i twarogiem.

 

Jeszcze taka mała informacja - dowiedziałam się, że ciasto na pierogi robione jest bez jajka. 

Powyższa sytuacja nauczyła mnie, że należy pytać, pytać i jeszcze raz pytać, by nie było żadnej wpadki. Ale poza tym polecam to miejsce, bo pierogi są smaczne i świeże. A to jest najważniejsze.

niedziela, 04 sierpnia 2013

Odnoszę wrażenie, że bar mleczny Kaprys jest jakimś wręcz kultowym miejscem. Ile to razy słyszałam od znajomych, że gdy nie mają chęci lub czasu idą tam kupić obiad i zabierają go do domu. Pewnego dnia, ponad rok temu po opowieściach wraz z koleżanką postanowiłyśmy po pracy udać się po obiad na wynos. Spojrzałam na zawieszone nad wejściem menu i zapragnęłam kupić łazanki z kapustą. Ślinka już ciekła mi na samą myśl... Przy kasie, zamawiając obiad dopytałam jednak czy nie zawierają one przypadkiem jakiegokolwiek mięsa. W odpowiedzi usłyszałam, że nie. Za to jest tylko boczek :-( Musiałam zatem obejść się smakiem i na szybko wybrałam "gołe" kopytka, które odsmażyłam sobie w domu. Powiem tak - złe nie były, jednak zupełnie przeciętne i nie warto było dla nich przejechać prawie pół miasta w siarczysty mróz (gdyż był to chyba styczeń).

Ostatnio jednak niedaleko baru Kaprys musiałam załatwić coś z mamą i siostrą. Po załatwieniu wszystkiego rodzinka namówiła mnie na obiad właśnie tam. Trochę się opierałam, gdyż pamiętałam, że ostatnio szału nie było. Jednak po kilku chwilach uległam. Dotarłyśmy szybko na miejsce. Przekraczając próg można natknąć się na taką stojącą tablicę z namową, by w piątek stać się fanem warzyw.

 

Pomyślałam, że super, akurat był piątek, miałam wizję jakichś wspaniałych bakłażanów, cukinii lub kalafiora. Niestety menu piątkowe jakoś nie było warzywne. Były zupełnie standardowe mleczno barowe potrawy. Nauczona doświadczeniem, że gdzieś może czaić się podstępny boczek wybrałam sobie danie na słodko (choć pamiętam, że za czasów mięsnych do szarych klusek z boczkiem też dodawałam cukier). Zamówiłam kopytka z cynamonem i cukrem, a do tego marchewkę z groszkiem, by trochę przełamać słodki smak, którego wielkim fanem nie jestem. Do tego zamówiłam sok pomarańczowy. Mama i siostra zamówiły pierogi ruskie.

Zajęłyśmy miejsca, zaopatrzyłyśmy się w sztućce i czekałyśmy aż wyświetli się nasz numer zamówienia. Chwilkę to trwało, ale nie było aż tak źle. Zabrałam więc swoje kopytka i groszek z marchewką. Siostra odebrała pierogi dla siebie i mamy.

 

Spróbowałam swoje danie. Hmm... Całkiem smaczne. Słodkie, doprawione cynamonem. Delikatne. Porcja duża. Ale nic poza tym. Znów żadnego szału. Może dlatego, że nie przepadam za bardzo za słodkimi obiadami. Spróbowałam marchewki z groszkiem. Dobrze doprawione, przełamywało słodkość kopytek. Jednak mama i tak zawsze kopytka robiła lepiej, a jej groszek z marchewką (a nie marchewka z groszkiem) to mistrzostwo świata i chyba nikt temu nie dorówna.

Jak się okazało - dobrze, że nie zamówiłam pierogów ruskich - nawet bez boczkowej okrasy. W środku też znajdował się niestety boczek. Jeśli chodzi o ceny, to tym razem nie płaciłam, ale kopytka, groszek z marchewką i sok nie kosztowały więcej niż 12-13 zł. Czyli nie dużo i można się najeść.

Powiem tak: nie mam pojęcia dlaczego ludzie tak bardzo wychwalają bar Kaprys. To co miałam okazję spróbować było poprawne, ale jadłam już lepsze tego typu potrawy. Może bardziej specjalizują się w daniach mięsnych i są one smaczniejsze niż te bezmięsne? Nie wiem. Jednak jest to miejsce godne polecenia, gdy chce się coś zjeść w miarę szybko, niedrogo, nawet smacznie i jest się w pobliżu. 

 

10:02, marrrgott , Restauracje
Link
niedziela, 09 grudnia 2012

Nareszcie przyszedł ten dzień, kiedy P. zabrał mnie do restauracji, na niedzielny obiad, poprzedzony małym spacerem do centrum miasta. Początkowo naszym celem była restauracja Kukuryku, mieszcząca się przy ulicy Jezuickiej, jednak przed wejściem widniało menu - wszystko fajne, ceny przyjemne, ale jakoś nie znalazłam tam nic dla siebie (jedynie pierogi na słodko i naleśnik ze szpinakiem, a za szpinakiem nie przepadam). W związku z tym udaliśmy się do Karczmy Młyńskiej, która znajduje się przy ulicy Mennica 1. Byliśmy już tam kiedyś, więc wiedziałam, że podają tam dania bezmięsne. Ostatnim razem (ok. 1,5 roku temu) zachwyciłam się wspaniałymi maślakami w śmietanie i kulebiakiem. Tym razem nie było tych dań w karcie. Szkoda, gdyż były naprawdę pyszne (zwłaszcza te maślaki... mniam). 

Trochę zmarznięci weszliśmy do środka i od razu zainteresował się nami kelner. Wskazał nam stolik, zapalił świeczkę i przyniósł menu. Przewertowałam je bardzo dokładnie, jednak oczywiście skupiłam się najbardziej na daniach dla jaroszy. Bardzo dużego wyboru nie miałam, jednak bardzo zaintrygował mnie  przekładaniec warzywny. P. po małym namyśle zdecydował się na sznycel z indyka, z jajkiem sadzonym, ziemniakami i surówkami. Po krótkiej chwili podszedł kelner i zaczął przyjmować zamówienie - P. zamówił to, na co zdecydował się wcześniej, a ja zapytałam co w zasadzie jest w tym przekładańcu? Pan odpowiedział, że szpinak, pieczarki, ziemniaki, ser i może coś tam jeszcze, nie pamiętam. W każdym razie skierował moje myśli o obiedzie na inny tor, polecając mi krokieta z kapustą i grzybami lub naleśnika ze szpinakiem. Zastanawiałam się przez chwilę, dlaczego to zrobił? Wolę wierzyć, że te dania były smaczniejsze niż przekładaniec i polecił mi je z dobrej woli;-) Ponieważ szpinak jestem w stanie zjeść tylko wtedy gdy nie mam już żadnego innego wyboru (a tu miałam) postanowiłam spróbować krokieta. Na rozgrzanie zamówiliśmy herbaty. Nie czekaliśmy na nie długo.  Dodatkowo został podany smalec z chlebem i ogórkiem kiszonym (jak byliśmy tam ostatnio też ten smalczyk z ogórkiem był podany). P. sobie podjadł, ja również zjadłam, ale chleb z ogórkiem. Smaczne to było.

 

Na obiad nie czekaliśmy długo - góra 20 minut (powiem szczerze, że mogliśmy trochę dłużej poczekać, w końcu mieliśmy przekąskę dla zabicia pierwszego głodu). Pan przyniósł nasze dania na dość dużych talerzach. Byłam zachwycona wielkością mojej potrawy. Dwa solidne, rumiane krokiety, umiejscowione na sosie pieczarkowym i również nim polane.

 

P. również nie narzekał na wielkość swojej porcji. Niemały talerz był wypełniony niemalże po brzegi.

No a co ze smakiem? Moje krokiety były bardzo smaczne, miały fantastycznie chrupiącą panierkę. Może farsz mógłby być bardziej ostry, ale to, że był łagodny nie przeszkadzało mi w delektowaniu się krokietami. Mam jednynie małe zastrzeżenia co do sosu pieczarkowego - był o wiele chłodniejszy niż krokiety, które były bardzo gorące. Sos był również łagodny i zawierał wyraźne kawałki pieczarek. 

P. określił swoje danie jako "bardzo w porządku". Uznał, że wszystko było dobrze doprawione, surówki (kapusta kiszona i starta marchewka) smaczne,  żółtko jajka było fajnie płynne i jego potrawa była warta swej ceny.  

Ogólnie restauracja Karczma Młyńska jest bardzo przyjemna. Panuje tam bardzo intymny nastrój z uwagi na bardzo małą ilość światła. Jest to moim zdaniem plus, dzięki czemu spędza się tam czas bardzo miło. Gdy na dworze jest cieplej można usiąść w ogródku, tuż nad Brdą. Ostatnim razem karmiłam chlebem łabędzie i kaczki:-) 

Co do wielkości porcji - jak już napisałam - były spore. Ja i P. jesteśmy łakomczuchami, ale nie byliśmy w stanie zjeść wszystkiego. Moimi krokietami spokojnie najadłyby się dwie osoby. Jeden krokiet plus kilka fajnych surówek w zupełności by mi wystarczył. No i możnaby wtedy trochę obciąć cenę;-) Trochę mi było głupio zostawiając jedzenie, ale P. stwierdził, że lepiej jest odejść od stołu najedzonym niż nadal głodnym. Coś jest w tych słowach. 

Ceny nie budzą negatywnych emocji. Powiem tak - nie jest super tanio, ale też nie bardzo drogo. Moje krokiety kosztowały 16 zł, a sznycel P. 22 złote. Herbata kosztowała piątkę. 

Ogólnie mogę powiedzieć, że dania były smaczne, dość proste (co nie jest minusem, lubię proste potrawy), nie miałam się do czego za bardzo przyczepić.  Obsługa bardzo miła, lokal ładny, przyjemy i intymny.  Jeśli będę miała ochotę, by zjeść coś smaczego na pewno jeszcze wrócę do Karczmy Młyńskiej.

 

 

 

niedziela, 28 października 2012

Wstyd się przyznać, ale jeszcze niegdy nie byłam w bydgoskim Manekinie. Wiele razy miałam na to ochotę, ponieważ słyszałam bardzo pochlebne opinie na temat tej restauracji, jednak nigdy nie udawało mi się tam trafić. Także po nieudanej wizycie w restauracji Katarynka L. zaproponowała wizytę w Manekinie, podając tę restaurację jako przykład miejsca gdzie można smacznie zjeść. Nie ukrywam, że bardzo oczekiwałam kolejnego spotkania z prostego powodu – mogłam się spotkać z bliską mi osobą oraz zjeść coś zmacznego w jej towarzystwie. W końcu stało się to, na co czekałam. Spotkałyśmy się :-)

Weszłyśmy do lokalu, który mieści się przy ulicy Focha 14, a tam... wszystkie stoliki zajęte (czytałam nie raz, że jest tam problem ze znalezieniem miejsca, ale nie sądziłam, że spotka to akurat mnie;-). Całe szczęście, nie czekałyśmy zbyt długo. Stolik niedaleko drzwi był właśnie opuszczany przez pewną panią, która upolowała lepsze miejsce. Zasiadłyśmy więc wygodnie i oczekiwałyśmy na kartę. Trochę to trwało, zanim obsługa się nami zainteresowała, ale nie dziwi mnie to – w restauracji było PEŁNO ludzi, więc panie kelnerki miały bardzo dużo klientów do obsłużenia. W końcu doczekałyśmy się i podano nam menu. Duże i trochę nieporęczne, w formie zalaminowanej wielkiej ulotki. Przyznam, że miałam problem z wyborem naleśnika, gdyż do wyboru są naleśniki chyba ze wszystkim. L. nie miała problemu z wyborem dania, ponieważ, jak powiedziała, zamawia prawie zawsze to samo, czyli naleśnik zapiekany w sosie śmietankowym z ryżem, malinami i płatkami migdałowymi. Jeśli chodzi o mnie (nie przepadam za słodkimi obiadami) zdecydowałam się w końcu na naleśnika Primavera z sałatą lodową, pomidorami, oliwkami i mozzarellą. W oryginalej wersji potrawa ta podawana jest z dodatkiem salami, ale z oczywistych względów zrezygnowałam z tego składnika. Dodatkowo wybrałam sos czonkowy (kocham czosnek!) Zamówiłyśmy również kawę, zwykłą czarną.

Oczekiwanie na potrawy przedłużało się w nieskończoność. No, ale muszę usprawiedliwić obsługę – jak napisałam wcześniej klientów było mnóstwo. W międzyczasie szukałyśmy wzrokiem innego miejsca, gdzie możnaby się przenieść, ponieważ trochę wiało od strony drzwi. Ciężko było coś znaleźć, gdyż zawsze ktoś nas ubiegał. Wreszcie zwolnił się stolik w dość atrakcyjnym miejscu, przy dużym oknie. Szybko więc przeniosłyśmy swoje rzeczy i dalej oczekiwałyśmy na posiłek (mi już kiszki marsza grały...) Po ok. 35 minutach doczekałyśmy się. Zostały podane nasze naleśniki.

Danie L. wyglądało super. Wierzch naleśnika przyrumieniony (choć podobno bardziej niż zwykle), porcja duża, podana w kamionkowej foremce na drewnianej desce. Według mnie bardzo ładne.

 

Przyznam, że sama nabrałam ochotę na coś takiego. Jednak mój naleśnik nie pozostał gorszy. Spojrzałam na niego i już wiedziałam, że jest dobrze. Duża porcja, ładnie podana. Zaskoczyło mnie to, że sos, który zamówiłam jest podany w naczyniu osobno, czyli mogłam go dawkować jak tylko mi się chciało.

 

 A oto kawa, którą otrzymałyśmy:

 

Jak widać, filiżanka nie była wypełniona po brzegi. Szkoda, gdyż była bardzo smaczna.

Teraz coś o smaków potraw (w zasadzie do smaku mojego naleśnika, gdyż danie L. było przeze mnie nienaruszone). Przyznam szczerze – warto było tu przyjść. Naleśnik był dobrze doprawiony, sprężysty i delikaty zarazem, połączenie mozzarelli z czarnymi oliwkami i pomidorami było bardzo udane. Nic nie musiałam doprawiać (zresztą nie miałabym czym, gdyż na stolikach nie było pieprzu i soli;-), wszystkie smaki trafnie połączone. Sałata lodowa, którą uwielbiam, nadała potrawie chrupkości. Jeśli chodzi o sos czosnkowy – ostry, wyrazisty, pyszny i, nie umniejszając smaku naleśnika, najlepszy z całego dania. L. również chwaliła swoje danie, narobiła mi tym "smaka". Możliwe, że następnym razem zamówię właśnie to co ona.

Jeśli chodzi o wystrój lokalu to jest on dość mroczny, na ścianie ciemne malowidła, w tym mocno przerażający kozioł w muszce. Podobno Manekin jakiś czas temu przeszedł remont. Zdaniem L. wcześniej było tam ładniej. Mnie ten wystrój nie zachwycił, ale też nie zniechęcił do Manekina.

Przejdźmy może do cen. Rachunek mnie zszokował. Nie spodziwałam się, że za dwie duże porcje smacznego jedzenia i dwie kawy zapłacę... 35 złotych. Według mnie to bardzo, ale to bardzo mało. Pewnie dlatego stołuje się tam tylu klientów. Ceny niskie, smaczne jedzenie. Pomimo problemów ze stolikami i długim oczekiwaniem na posiłek – na pewno tam wrócę. 

 

 

 

 

Strona Manekina

Tagi: naleśnik
11:21, marrrgott , Restauracje
Link
środa, 10 października 2012

Już od dawna w biurze kiełkował pomysł, by pójść gdzieś na spotkanie. Miałyśmy ochotę się odstresować, napić drinka, poplotkować w innej atmosferze niż wśród dzwoniących telefonów, dźwięków drukarki. Gdy udało nam się zgrać jeden termin, przyszedł czas wyboru miejsca. Padło na restaurację Sowa, w samym centrum miasta. 

Jakiś czas temu byłam w siostrzanym lokalu Cafe Sowa, byłam zadowolona z tej wizyty, więc ucieszyłam się, że idziemy praktycznie w to samo miejce. 

Do restauracji weszłyśmy o godz. 19:00 (byłyśmy wszystkie niezwykle punktualne!) i podeszłyśmy do zarezerwowanego dla nas stolika. W środku restauracji - pełno ludzi, ale nie przeszkadzało mi to. Był gwar, ludzie rozmawiali, delektowali się kawą, deserami, pizzą i innymi daniami. Nie wiem dlaczego, ale poczułam, że moja Bydgoszcz nie umiera, że nie jest to smutne miasto, tak jak niektórzy sądzą. 

Otrzymałyśmy menu, w karcie dań było od groma.

 

I na co tu się zdecydować? Miałam ochotę coś przekąsić, jednak większość dziewczyn była już po posiłkach i nie za bardzo miały na to ochotę. Na pierwszy ogień poszły więc drinki. Koleżanki zastanawiały się nad Blue Lagoon (skład: Maximus, Dekuyper blue curacao, Sprite, sok z limonki), poleciłam im tego drinka, zwłaszcza dlatego, że podczas mojej ostatniej wizyty był bardzo ładnie podany. Ja zamówiłam drinka Tequila Sunrise (El Jimador, sok pomarańczowy, syrop grenadyna). Po chwili miałyśmy na stole nasze alkoholwe napoje.

Tequila Sunrise:

Blue Lagoon, podany znacznie gorzej, w porównaniu z moją ostatnią wizytą:

 

Powiem szczerze, że mój drink nie był zachwycający, pewnie to rzecz gustu, ale i tak wypiłam go do dna;-)

O.C. jako prowadząca auto wzięła zamiast drinka kawę i jabłecznik na ciepło (dzięki Ci, że też miałaś ochotę coś zjeść!). Po przejrzeniu menu nie za bardzo wiedziałam na co się zdecydować, więc zapytałam pana kelnera co może mi polecić z dań bezmięsnych. Pan powiedział, że sałatkę grecką. No nie..Taką sałatkę można zjeść prawie wszędzie, a ja miałam ochotę na jakiś nowy smak. Zapytałam więc czy może mają coś na ciepło. Pan, po małej chwili namysłu, polecił mi kozi ser na sałatce, i zerknął w kartę by zaproponować mi makaron z pietruszką ,czosnkiem, papryką i oliwą. Ten makaron w zasadzie mi się spodobał, więc powiedziałam, że to przemyślę i dam mu znać później.

Po chwili został podany deser dla O.C. Wyglądał bajecznie, smakowicie, cudownie.

O.C. powiedziała, że jabłecznik był gorący, smaczny. Pewnie sama bym się skusiła na coś takiego, ale nie miałam ochoty na słodkości.

Po wypiciu drinków pan kelner podszedł do nas, zapytać czy czegoś nam może trzeba. Ponieważ mój drink nie był dla mnie rewelacyjny zamówiłam po prostu wódkę z sokiem pomarańczowym (to było zdecydowanie lepsze). Intrygował mnie jednak niesamowicie ten kozi ser. Chwilę wcześniej zapytałam J.N jak taki ser może smakować, ona stwierdziła, że ser kozi jest dość specyficzny i że jej nie za bardzo przypadł jej do gustu, gdy go kiedyś jadła. Nabrałam więc wątpliwości co to tego dania, ale moja ciekawość była silniejsza, więc poprosiłam pana o podanie pieczonego koziego sera, podanego na sałacie z dodatkem warzyw.

W międzyczasie O.C. zamówiła Sałatkę Konesera (z grilowaną polędwiczką wieprzową, białymi szparagami, pomidorem, ogórkiem, grzankami, sosem czosnkowym, na sałacie lodowej).

Pierwszy został podany mój kozi ser.

Bałam się pierwszego kęsa, choć danie było bardzo ładnie podane. W końcu zdecydowałam się. Pierwsze wrażenie? Dziwne... Faktycznie J.N. miała rację, że ten ser jest specyficzny. Jednak  każdy kolejny kęs, połączony z zieleniną smakował coraz bardziej wybornie. W zasadzie trochę było mi smutno, że dostałam tylko 3 kawałeczki koziego sera, ale po przemyśleniu sprawy stwierdziłam, że ilość sera w stosunku do ilości warzyw jest doskonale dobrana. Ser kozi jest na tyle dziwny, że chyba nie byłabym w stanie zjeść go bez łagodzących dodatków. Nie mogłabym też niestety, z czystym sumieniem, polecić tego dania innym osobom, gdyż jest wielce prawdopodobne, że po prostu nie smakowałby im. Trzeba zamawiać na własne ryzyko;-) Ja jednak byłam zachwycona tym, że jeszcze długo po zjedzeniu, wypiciu drinków, wypaleniu papierosa czułam ten ostry, nie znany mi wcześniej smak.

Powiem jeszcze, że otrzymałam od pana kelnera zestaw z przyprawami - sól, pieprz, oliwa z oliwek.

W zasadzie to nie musiałam nic doprawiać, ale miałam ochotę pobawić się trochę podanymi sprzętami :-) Niestety butelka z oliwą była trochę nieporęczna, duża i tłusta, aczkolwiek smak oliwy był rewelacyjny. 

Podczas mojego zachwycania się kozim serem O.C. także dostała swoją sałatkę. Pięknie podana, duża porcja, na talerzu lekko pochyłym, którym się zachwyciłyśmy.

O.C. smakowała sałatka, powiedziała, że mięso było ciepłe, smaczne. Jednak nie zjadła całej zieleniny, było jej bardzo dużo, a poza tym zjadła wcześniej deser i już miała dość.

Jeśli chodzi o ceny to są one różnorodne. W karcie można znaleźć zarówno ceny (jak dla mnie) bardzo wysokie, np. krewetki black tiger z grila (58 zł), jak i niskie - jajka na miękko z grzankami (7 zł) czy feta zapiekana z pomidorami (10 zł). Wynika z tego, że każdy może znaleźć coś dla siebie.

Obsługa również miła, potrafiąca doradzić, jednocześnie bardzo zabiegana, ze względu na ilość ludzi. W zasadzie ten gwar, o którym pisałam wcześniej miał jeden duży plus - można było swobodnie porozmawiać, nie martwiąc się, że ktoś ze stolika obok coś usłyszy. Wnętrze lokalu jest bardzo przyjemne, czyste.

Myślę, że jeszcze nie raz wstąpię do Restauracji Sowa, by poznać jakieś nowe, ciekawe smaki. A może zjem wtedy coś bardziej tradycyjnego? Nie wiem, ale mam nadzieję, że będzie tak pysznie jak podczas tej wizyty.

 

 

 

Restauracja Sowa 

 

 

Tagi: kozi ser
19:11, marrrgott , Restauracje
Link
niedziela, 30 września 2012

Od dawna miałam ochotę wyjść z P do restauracji. W końcu zdarzyła się okazja. Na drzwiach do mieszkania P znalazł ulotkę zachęcającą do przyjścia do Stolnicy. Bardzo się ucieszyłam, że są polecane dania z grzybów (od jakiegoś czasu nie potrafiliśmy wybrać się na grzyby do lasu, więc postanowiłam, że na grzyby po prostu pójdziemy właśnie tam). Zachęcająca była również cena - polecane dania kosztują 9,90 zł.

 

W Stolnicy Kujawskiej byłam już kilka razy. Za każdym razem wychodziłam bardzo zadowolna,  zarówno z posiłków, jak i z obsługi. Pierogi, które tam zamawiałam były pyszne. Tym razem również miałam ochotę zjeść coś pysznego, mało tego, byłam pewna, że to co zamówię zjem ze smakiem i wyjdę z restauracji wniebowzięta. Niestety, moje wrażenia po wizycie w Stolnicy Kujawskiej mogę określić stwierdzeniem - WIELKI SMUTEK :-(

Stolnica Kujawska charakteryzowała się tym, że obsługa nosiła stylowe, nadające klimat, ludowe stroje. Niestety, tym razem obsługa miała zwykłe ubrania, trochę szkoda, bo lubiłam patrzeć na obsługujących ludzi właśnie w innych strojach niż codzienne, restauracja miała dzięki temu ciekawy charakter. 

Ale od początku. Weszliśmy do miejsca, które dobrze znamy, zasiedliśmy przy naszym ulubionym dwuosobowym stoliku. Pan zza baru przyniósł nam menu. Plusem jest to, że do menu dołączyły nowe potrawy, takie jak  pierogi świata, naleśniki wytrawne i wegetariańskie (mały minusik za to, że w kategorii naleśników wegetariańskich umieszczono naleśnika z tuńczykiem). 

Przyszła pora wyboru dania. Miałam z tym nie lada problem, najchętniej zjadłabym wszystko z proponowanych grzybowych potraw. No, ale trzeba było zdecydować się na jedną. Zawsze w Stolnicy zamawiałam pierogi, dlatego tym razem postanowiłam posmakować naleśnika. Zdecydowałam się na naleśnika gryczanego z kurkami, warzywami i wędzoną goudą. P zamówił sałatkę z tuńczykiem, podawaną z pieczywem czosnkowym. Pani przyjęła zamówienie i nastąpiło oczekiwanie na zamówione potrawy. Sałatka dla P została podana bardzo szybko. Wyglądała super (szkoda, że z tuńczykiem, bo chętnie bym skosztowała). Ale chwila, chwila.... Gdzie jest mój naleśnik??? P dostał sałatkę, a ja co? Nic. Poczułam się okropnie. Pierwszy raz zdarzyło mi się, żeby zamawiane dania nie były podane równocześnie. Dziwne to, zwłaszcza, że sałatka mogła sobie spokojnie poczekać w kuchni na mojego naleśnika, gdyż nie była podawana na ciepło i nie było obawy, że wystygnie (no ale jeśli nawet - przecież kucharz powinien mieć umiejętność przygotowania potraw tak, by klientom podać dania równocześnie). Zdegustowany P podszedł do pana za barem (ten pan wyglądał na pracownika wyższego rangą), z interwencją, żeby coś z tą sytuacją zrobił. Pan poszedł na zaplecze, nie wiem co powiedział reszcie pracowników, w każdym razie później podszedł do nas i przeprosił. Na naleśnika jeszcze chwilę musiałam jednak poczekać. Wreszcie zauważyłam, że pani niesie mojego, wyczekiwanego naleśnika. I oto został podany mój mały, smutny naleśnik.

No kurczę, myślę sobie. Trochę jakiegoś zielonego ozdobnika by się przydało... No, ale przecież wygląd aż tak bardzo się nie liczy, pomyślałam, i zabrałam się do jedzenia. Niestety muszę przyznać, że nie zachwyciłam się. Danie było tylko zjadliwe. Nie powaliło mnie na kolana. Powiem szczerze, spodzewałam się kulinarnej euforii, ale niestety tym razem jej zabrakło.

Tak wygląda naleśnik, trochę napoczęty:

Dużo warzyw, czuć wyraźnie wędzoną goudę, jej smak i aromat przeważał nad resztą dania. Kurki były, ale bardzo małe, ciężko było je dostrzec. Oceniam, że najlepszy z tego dania był sos grzybowy podany do naleśnika. Odpowiednio słony, ładny miał kolor.  Było go niestety bardzo mało.

P ocenił swoją sałatkę na "OK", jednak miał zastrzeżenia co do dressingu, który jego zdaniem przytłaczał smak sałatki. Stwierdził, że dobrym pomysłem było jajko w sałatce, które neutralizowało smak owego dressingu. Sałatka P prezentowała się tak:

 

Nasze potrawy zjedliśmy dość szybko, poprosiliśmy o rachunek i nienasyceni wyszliśmy. Nie mieliśmy ochoty siedzieć tam dłużej.

Ceny w restauracji są atrakcyjne, np. za pierogi, tzw. szpetne, z kapustą i grzybami zapłacimy 8,99 zł za 6 sztuk i 12,49 za 9 sztuk. Za pierogi kosmate (z mięsem) zapłacimy 9,99 zł za 6 sztuk i 13,49 zł za 9 pierogów. P jakiś czas temu bardzo je chwalił, kojarzyły mu się z domowymi, robionymi przez jego mamę.  Wystrój też bardzo miły - jest czysto, mała ilość światła dziennego tworzy spokojną atmosferę.

 

 

Nie wiem, czy to przez sentyment, ale ja na pewno jeszcze odwiedzę Stolnicę Kujawską. Ale następnym razem zamówię sobie pierogi - czyli potrawę, która naprawdę dobrze im wychodzi (mam nadzieję, że w tej kwestii nic się nie popsuło). Jednak niestety tej wizyty nie mogę ocenić pozytywnie. Szkoda, bo miałam ochotę  napisać na temat tej restauracji coś naprawdę miłego.

Strona Stolnicy Kujawskiej

 

 

16:56, marrrgott , Restauracje
Link
środa, 04 lipca 2012

Zachęcona niewielką ceną postanowiłam zakupić Groupon na trzydaniową kolację dla dwóch osób w naleśnikarni "Retro" w Bydgoszczy, która mieści się przy ulicy Podwale 15. Po ustaleniu terminu z moim P poszliśmy by nieco podjeść.

Sam lokal słabo jest oznakowany, pomimo przeszklonych drzwi ciężko dostrzec co jest (i czy ktoś jest) w środku.
Dobrze więc, że wiedziałam gdzie naleśnikarnia się mieści, ponieważ moglibyśmy mieć problem z trafieniem.
Wchodząc do środka przywitała nas miła pani kelnerka, która wskazała nam zarezerwowany wcześniej stolik, podała kartę i nadszedł mój ulubiony moment wybierania ;-)
Na początek wzięłam krem z pomidorów podawany z dodatkiem groszku ptysiowego.
Bardzo mi on zasmakował, był wyrazisty w smaku, lekko pikantny. Miał fajną kremową konsystencję i został ładnie podany na bardzo fajnym talerzu. Ten krem z pomidorów prezentuje się tak:

 



Image and video hosting by TinyPic



Gdy już cała zupa została przeze mnie zjedzona (swoją drogą P również chwalił zamówiony przez siebie żurek w chlebie) zamówiłam naleśnika. W zasadzie to miałam mały problem z zamówieniem drugiego dania, gdyż menu jest naprawdę fajne. Po wielu rozważaniach czy zamówić pierogi, pizzę, naleśnika, a jeśli już naleśnika to jakiego - na słodko czy nie, postanowiłam, że poproszę o naleśnika o nazwie "ruski smakosz". Farszem były ziemniaki, i cebulka, czyli to co w pierogach ruskich. Naleśniki przyszły dość szybko, co nie dokońca mnie (w zasadzie nas) ucieszyło, ponieważ miałam ochotę trochę odpocząć po ciepłym kremie z pomidorów, który był bardzo sycący. No ale OK, skoro naleśniki podane, to należy je zjeść:-)
Mój naleśnik, polany sosem czosnkowym, był smaczny, ale nie mogę powiedzieć, że wybitny. Miałam wrażenie lekkiego niedoprawienia, czego nie rekompensował podany do naleśnika sos. Podobnie z surówką, podaną jako dodatek - surówka z czerwonej kapusty, moim zdaniem, była bez smaku (za to P przypadła do gustu). Całe szczście surówka z białej kapusty była pyszna :-)


Image and video hosting by TinyPic


Pomimo tego, że w cenie owego Grouponu był też deser, to niestety nie byliśmy w stanie już go zamówić. Objedliśmy się strasznie, ale też smacznie, pomimo lekkiego niedoprawienia mojego naleśnika:-)

Jeśli chodzi o wystój lokalu, to jest on skromy, bez zbędnych przedmiotów, co jest dla mnie zaletą. Niestety, albo naleśnikarnia Retro nie ma klimatyzacji, albo była ona niedostatecznie nastawiona, gdyż podczas jedzenia ciepłych posiłków czułam jak kropelki potu spływają po mojej twarzy (dodam, że na zewnątrz było także gorąco).
Ceny - bardzo przystępne, powiedziałabym nawet, że niskie, co jest niewątpliwym atutem.

Podsumowując - jedzenie smaczne, obsługa miła, ładne tależe i sztućce. Myślę, że jeszcze tam wrócę, ale na pewno nie na romantyczną kolację (nie miałam tam poczucia intymności), ale na smaczny posiłek na mieście na pewno tak :-)


Strona naleśnikarni.
 

Tagi
Image and video hosting by TinyPic Durszlak.pl Vegespot.pl - Przepisy wegetariańskie
Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów Top Blogi Odszukaj.com - przepisy kulinarne
zBLOGowani.pl
Instagram