Przepisy wegańskie i wegetariańskie oraz opinie o restauracjach, kawiarniach i innych miejscach.
niedziela, 14 kwietnia 2013

Jest czasami tak, że gotujemy wspólnie z P. On coś przygotuje, ja coś przygotuję... a na końcu zajadamy się tym co przygotowaliśmy w pełni zadowoleni z siebie. Ostatnio przygotowaliśmy zapiekane pieczarki.

Składniki:

- 14 pieczarek

- 2 małe cebulki dymka + jeden pęczek posiekanego szczypiorku z jednej dymki

- dwie garści mrożonego mixu warzyw

- 2 plastry sera camembert z zielonym pieprzem

- dwa plastry żółtego sera

- 6 zielonych oliwek

- ząbek czosnku

- dwa drobno posiekane pomidorki śliwkowe

- olej

- oliwa z oliwek 

- przyprawy (sól, świeżo mielony kolorowy pieprz, dwie szczypty mielonego chili, jedna szczypta bazylii i tymianku, trzy szczypty majeranku, szczypta mielonej papryki słodkiej)

Pieczarki myjemy, obieramy (albo nie - ja nigdy nie obieram, P. robi to zawsze). Wykręcamy nóżki, wydrążamy kapelusze z blaszek. Miąższ oraz nóżki zachowujemy. Siekamy dymki, oliwki oraz nóżki pieczarek.  Na patelni rozgrzewamy olej, wrzucamy cebulę, oliwki, zasypujemy przyprawami i na małym ogniu dusimy pod przykryciem 10 minut. Następnie dorzucamy posiekany wcześniej szczypior oraz pokrojony w kawałeczki plastry sera camembert, dalej dusimy. Po kolejnych 5 minutach wrzucamy nóżki od pieczarek. Dusimy przez kolejne 5 minut. Następnie wrzucamy posiekane pomidorki. Łączny czas duszenia to 30 minut. Na osobnej patelni rozgrzewamy olej i smażymy mix warzyw - brokuł, kalafior, marchewkę. Czekamy aż wszystko przestygnie.

Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni Celsjusza.

Warzywa, które podsmażyliśmy na patelni przekładamy do miski, dodajemy uduszone nóżki pieczarek. Wszystko razem miksujemy blenderem na jednolitą masę.

Na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia układamy kapelusze pieczarek. Do każdego z nich wkładamy po kawałeczku żółtego sera. Do ozdabiającej szprycy wkładamy masę z nóżek pieczarkowych i napełniamy nią kapelusze. Skrapiamy delikatnie oliwą, solimy i pieprzymy. Pieczemy w piekarniku 30 minut. 

Na wierzch upieczonej pieczarki można położyć odrobinę sosu czosnkowego lub innego ulubionego. Można też posypać je zieleniną. Ja użyłam natki pietruszki.

Zjedliśmy ten posiłek z podsmażonymi kopytkami, które zostały z poprzedniego obiadu.  Mniam:-)

 

Ilość porcji: 2 

niedziela, 07 kwietnia 2013

Gdy mam czas i chęci przygotowuję majonez - taki prawdziwy, ręcznie ucierany. Uwielbiam jego smak, kolor i gęstą konsystencję. W ogóle majonez jest moim ulubionym dodatkiem praktycznie do wszystkiego i chętnie przyznałabym osobie, która po raz pierwszy majonez przygotowała jakiś kulinarny odpowiednik nagrody Nobla. Niestety, do przygotowania tego majonezu potrzebujemy trochę czasu, by spokojnie sobie pokręcić w misce. Ja robię go ręcznie, nie wiem dlaczego, ale w tym wypadku mam obawy przed używaniem miksera. Ponadto należy pamiętać, by użyć jajka dobrej jakości - ja mam dostęp do jaj wiejskich i tylko z takich korzystam. Kiedyś, będąc u rodziców bezskutecznie próbowałam zrobić ten majonez z tak zwanej "trójki", którą akurat rodzice posiadali i nie wyszło - konsystencja w porządku, kolor OK, ale smak zawsze był gorzki i obrzydliwy.

Składniki:

- żółtko dobrej jakości jaja

- około szklanki oleju (ja używam rzepakowy) - piszę "około", ponieważ ja zawsze leję olej bezpośrednio z butelki - tak mi wygodniej

- łyżeczka musztardy

- niecała łyżeczka octu

- przyprawy (sól i biały mielony pieprz)

Żółtko wkładamy do miseczki. Dodajemy ocet, musztardę, przyprawy i chwilę ucieramy w jedną stronę, by składniki się połączyły. Następnie dodajemy odrobinkę oleju, około łyżeczki. Ponownie łączymy składniki. Za każdym razem, gdy składniki się połączą dodajemy kolejną małą porcję oleju, aż do wyczerpania przygotowanej porcji lub do otrzymania pożądanej, gęstej konsystencji.

Do robienia tego majonezu używam tak zwanego drewnianego "koziołka". Z reguły oglądam jakiś program w telewizji i sobie siedzę i kręcę. Nie zauważam wtedy, że tak naprawdę trochę czasu potrzeba, by coś takiego przygotować.

A poniżej majonez na jajkach:

 

07:26, marrrgott , Dodatki
Link
środa, 03 kwietnia 2013

Ach! Jak ja uwielbiam proste rzeczy! I w życiu i kuchni. Dlatego dziś zachwyciłam się wyjątkowo prostym koktailem z mango. 

Składniki:

- mango

- pół litra maślanki

- opcjonalnie cukier, ale ja go nie potrzebowałam

Mango obieramy i kroimy w cząstki (pestkę oczywiście wyrzucamy). Przekładamy do miseczki, dodajemy maślankę. Możemy dosłodzić. Miksujemy wszystko blenderem i rozlewamy do szklanek.

Pycha:-) 

 

 

Ilość porcji: 2 

21:49, marrrgott , Inne
Link
niedziela, 31 marca 2013

W zeszłą niedzielę P. jak zwykle poszedł odwiedzić swoją mamę. W związku z tym miałam trochę czasu, by podogadzać sobie kulinarnie. Nie to, że nie chciałabym się z nim podzielić tym co ugotowałam, ale wiem, że pewnych rzeczy P. nie zje. Jak na przykład mango, w dodatku do obiadu. Postanowiłam zatem spróbować czegoś nowego. Lubię tak sobie pogotować i zjeść, a P. niech mi zazdrości;-) Poza tym i tak zostało dla niego trochę kotlecików jajecznych, gdyż wyszło mi ich dziesięć. Były na następne obiady i kanapki.

Składniki:

- 4 jajka ugotowane na twardo + jedno surowe 

- dwie zamoczone w wodzie kromki chleba

- bułka tarta

- pół mango

- jedna średnia cebula

- ząbek czosnku 

- łyżeczka musztardy

- pół szklanki wody

- olej

- łyżka mąki  

- torebka ryżu basmati

- przyprawy (sól, pieprz, mielona papryka chili, suszona natka pietruszki)

Cebulę obieramy i kroimy w kostkę. Czosnek, wcześniej obrany z łupin, siekamy. Cebulę z czosnkiem wrzucamy na rozgrzany na patelni olej i smażymy do zeszklenia się cebuli. W międzyczsie obieramy połowę mango i kroimy na mniejsze kawałki. Dodajemy do cebuli i czosnku, solimy, dodajemy trochę pieprzu oraz łyżeczkę musztardy. Chwilę smażymy, po czym dolewamy wodę, doprowadzamy do wrzenia i czekamy aż się zredukuje, ale nie wyparuje. Następnie wyłączamy gaz. Nic się nie stanie jak ostygnie, przed położeniem na talerz lekko sos podgrzewamy.

Ugotowane jajka rozdrabniamy widelcem. Odciskamy z wody namoczony wcześniej chleb. Dodajemy do jajek. Dodajemy również surowe jajko oraz przyprawy - sól, pieprz, mielone chili, suszoną natkę pietruszki. Mieszamy, a następnie dosypujemy 3 łyżki bułki tartej, by masa jajeczna stała się zwarta.  Na talerzyk wsypujemy 2 łyżki bułki tartej oraz łyżkę mąki, mieszamy. Rękoma formujemy niewielkie kotleciki, obtaczamy w bułce i mące, odkładamy na osobny talerz.

W międzczasie gotujemy ryż według przepisu na opakowaniu, w osolonej wodzie.

Na patleni rozgrzewamy olej, kładziemy na nim kotlety, smażymy z dwóch stron na złoto, po czym wykładamy na papierowy ręcznik, by pozbyć się nadmiaru tłuszczu. Podgrzewamy cebulę z mango, o ile ostygła. Ryż odcedzamy, przekładamy na talerz.  Na nim kładziemy dwa lub trzy kotleciki, które polewamy naszym sosem z mango i cebuli. I już!

Najadłam się tym smaczym daniem niesamowicie:-) 

Ilość porcji: ja robiłam to danie tylko dla siebie, ale wyszło mi 10 kotlecików, więc gdy zwiększy się ilość ryżu, czy sosu spokojnie więcej osób zaspokoi głód.

 

niedziela, 24 marca 2013

Inspiracją do zrobienia takich kulek był dla mnie przepis na koftę, który znalazłam tu. Nie śmiem nazywać tego co zrobiłam koftą, gdyż nie użyłam podanych w znalezionym przepisie przypraw, nie podałam ich również w sosie. Ale mniejsza o nazwę, kulki wyszły mi smaczne, są fajną przekąską, moja mama, która niestety nie przepada za daniami bez mięsa bardzo je polubiła i co chwilę się ich domaga. 

Składniki:

- opakowanie serka typu włoskiego (np. Capri), ok. 220g

- 3 łyżeczki mąki przennej

- olej do smażenia 

- przyprawy (sól, pieprz, odrobina mielonej słodkiej papryki, trochę czosnku granulowanego)

Ser wkruszamy do miski. Dodajemy przyprawy, mąkę i dokładnie rozgniatamy  widelcem łącząc mąkę z serem. Rękoma formujemy niewielkie kulki (takie 1-1,5 cm średnicy). Na patelni rozgrzewamy olej i kładziemy na nim serowe kulki. Smażymy je na średnim ogniu, obracając co jakiś czas, by zezłociły się z każdej strony. Jemy ciepłe, choć na zimno też są smaczne.

Ilość kulek: 12-16 - w zależności od ich wielkości.

Taka mała uwaga: próbowałam robić takie kulki ze zwykłego, półtłustego twarogu, jednak nie wyszły, rozpadły się na patelni. Nie wiem dlaczego, może zrobiłam coś nie tak. W każdym razie robię je teraz z serka typu włoskiego i wychodzą zawsze:-) 

 

 

 

środa, 20 marca 2013

Gdy zbaczyłam przpis na cebularze na blogu Mienta blog nabrałam niezwykłej ochoty na przygotowanie czegoś takiego. Od razu zabrałam się za pracę, pomimo dość później pory dnia. Dodatkowym plusem było to, że miałam akurat w lodówce postawowe składniki potrzebne do zrobienia tych smacznych "bułeczek". Jak to ja - troszeczkę przepis zmodyfikowałam, ale i tak wszystko wyszło suuuuper!

Składniki:

- 2,5 szklanki mąki pszennej

- 50g swieżych drożdży (pół kostki)

- 3/4 szklanki maślanki

- jajko

- łyżeczka cukru

- 3/4 łyżeczki soli

- dwie cebule (mój P. dodał do cebuli jakieś składniki, których akurat trzeba było pozbyć się z lodówki, czyli kilka pieczarek, pomidora, zielone oliwki) 

- 9 małych plastrów żółtego sera

- ciepła woda 

- olej 

Drożdże rozkruszamy i wkładamy do szklanki. Dodajemy cukier i zalewamy taką ilością ciepłej wody, by tylko przykryć nią drożdże. Mieszamy łyżeczką i doprowadzamy do rozpuszczenia. Do miski przesiewamy mąką, dodajemy sól, maślankę, jajko, rozpuszczone drożdże i za pomocą miksera (to był zarazem test mojego nowego urządzenia;-) z takimi fajnymi spiralnymi końcówkami łączymy wszystkie składniki. Gdy masa będzie jednolita odstawiamy ciasto na pół godziny w ciepłe miejsce. Ja włączyłam palnik na kuchence gazowej i położyłam miskę obok. Pięknie wyrosło. 

Gdy ciasto siedzi sobie w ciepełku, obieramy cebule, drobno siekamy, wrzucamy na rozgrzany olej, delikatnie solimy i na średnim ogniu doprowadzamy do lekkiego zezłocenia. Można dodać do niej jeszcze dowolne składniki, które ma się pod ręką. Następnie rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni Celsjusza.

Gdy ciasto nam urośnie, wyciągamy je delikatnie na oprószoną mąką stolnicę, oprószamy je również z wierzchu. Bardzo delikatnymi ruchami rąk formujemy z ciasta "wałek", który następnie dzielimy na mniej więcej równe części. Ja zrobiłam tych części dziewięć. Następnie z każdej części formujemy delikatnie kulkę, którą rozpłaszczmy lekko ręką, a następnie delikatnie wałkiem na grubość około jednego centymentra. W razie potrzeby można nadal oprószać wszystko mąką, by nie lepiło się do stolnicy i do wałka. Drożdżowe "placuszki" układamy na blaszcze wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzch kładziemy po plastrze sera, a na nim wcześniej przygotowaną cebulę. Wkładamy do rozgrzanego piekarnika i pieczemy 20-25 minut w temperaturze 180 stopni. 

Cebulaki najlepsze są na ciepło, ja jadłam z pikantnym keczupem. Ale smacze są także na drugi dzień, wzięłam sobie do pracy i miałam smaczne śniadanko:-)

 

 

15:01, marrrgott , Przekąski
Link
środa, 13 marca 2013

To było moje pierwsze podejście do bakłażana. Nie wiedziałam jak smakuje, jak zachowuje się podczas przyrządzania. Postanowiłam posprawdzać w sieci co można z tym dziwnym warzywem zrobić. Znalazłam kilka wskazówek. Spodobały mi się przepisy na zapiekanego bakłażana. Nie korzystałam w stu procentach z żadnego przepisu, dodałam też trochę od siebie, więc nie jestem w stanie podać źródła. Jedno jest pewno - bardzo mi to danie zasmakowało:-)

Składniki:

- niewielki bakłażan

- pół woreczka ugotowanego ryżu 

- pół cebuli

- pół puszki groszku konserwowego 

- 5 łyżek posiekanego koperku

- duży ząbek czosnku

- olej do smażenia 

- przyprawy (sól, pieprz, cukier) 

Bakłażana przekrawamy na pół, wydrążamy miąższ (jednocześnie uważamy, by zostawić go w bakłażanie na około jednego centymetra). Umieszczamy wszystko na sitku posypujemy solą i odstawiamy na pół godziny. Po tym czasie myjemy naszego bakłażana. 

Cebulę i czosnek siekamy, na patelni rozgrzewamy olej i wrzucamy posiekane warzywa. Oprószamy je delikatnie cukrem. Dodajemy po chwili umyty wcześniej miąższ. Smażymy wszystko do zbrązowienia się cebuli. Następnie dodajemy ryż, 3 łyżki posiekanego koperku, sól, pieprz oraz groszek. Chwilę podsmażamy. 

Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni Celsjusza. Do wydrążonego wcześniej bakłażana nakładamy przygotowany ryż. Plasty sera kroimy na cieknie paseczki i układamy na bakłażanie na krzyż. Wkładamy do piekarnika i pieczemy przez 35-40 minut. Spożywamy na ciepło, wcześniej posypując pozostałym koperkiem.

 

 Ilość porcji: 2 małe lub jedna duża.

 

17:27, marrrgott , Warzywa
Link
niedziela, 10 marca 2013

To miało być zupełnie coś innego. Wymyśliłam sobie, że spróbuję zrobić majonez z ziaren soi. Jednak na etapie miksowania składników blenderem otrzymałam pastę. Tak mi się to spodobało, że postanowiłam nie kombinować dalej, dodać kilka składników więcej i smarować sobie czymś takim kanapki. Mnie to bardzo smakowało, mój P. nie był zachwycony - ale on toleruje soję tylko w postaci kotletów i granulatu sojowego. W zasadzie nawet spodobała mi się ta jego niechęć - było więcej dla mnie;-)

Składniki:

- szklanka ziaren soi

- 5 łyżek oleju

- łyżeczka musztardy

- łyżeczka octu

- dwie łyżki drobno posiekanej czerwonej papryki

- łyżka posiekanego szczypiorku

- obrany ząbek czosnku

- przyprawy (sól, pieprz, słodka mielona papryka)

Soję moczymy przez noc. Następnie gotujemy do miękkości i studzimy. Do ziaren dodajemy musztardę, ocet, przyprawy, paprykę, czosnek i olej. Wszystko miksujemy blenderem. Gdy uzyskamy przyjemną papkę dodajemy szczypiorek i mieszamy. Odstawiamy do lodówki, by pasta się przegryzła. Smarujemy kanapki i wcinamy.

 

 

środa, 06 marca 2013

Po pierwszym dniu targów trzeba było udać się na odpoczynek. Nogi od całodniowego stania strasznie bolały, marzyłam o tym by poleżeć sobie w wygodnym łóżku.

Firma zarezerwowała nam hotel, który nazywa się Amadeus. Ucieszyłam się, gdyż dotychczas nie miałam okazji być w czterogwiazdkowym hotelu. Po dotarciu na miejsce okazało się, że nie ma dla mnie pokoju. Trochę się tym faktem zdenerwowałam. To nie był błąd hotelu - po prostu firma zrobiła rezerwację na nazwisko koleżanki, która była pierwsza brana pod uwagę na wyjazd. Całe szczęście okazało się, że ten problem da się szybciutko rozwiązać. Dostałam więc kartę do pokoju i targając swoją walizę wkroczyłam do przeszklonej windy, by dostać się na pierwsze piętro.

Pokój znaleziony! Wchodzę;-) A tam: wielkie łóżko (miałam szczęście - nie wiedzieć dlaczego dostałam pokój dwuosobowy), czysto, dość przestronnie. Spodobało mi się tam. Szybko ściągnęłam z siebie sztywniackie, eleganckie wdzianko, ubrałam swój ulubiony wyciągnięty sweter i udałam się do pobliskiego centrum handlowego po coś do picia - korzystanie z minibaru było nieopłacalne. Za to lodóweczka idealnie posłużyła za chłodziarkę do zakupionych napojów.

Poniżej zdjęcia pokoju (zdążyłam już trochę nabałaganić;-):

 

 

 

 

Po powrocie ze sklepu i chwili odpoczynku udałam się na spotkanie przy kolacji z ludźmi z pracy. Restauracja hotelowa jest bardzo ładna, elegancka. K. zrobiła wcześniej rozeznanie, czy w karcie dań znajduje się jakieś danie wege. No jest. Nawet dwa dania. Trochę mało, ale co tam, ważne, że mogłam czymś się posilić. Zamówiłam sobie piwo oraz makaron linguine z pesto rosso z kawałkami dyni. Nigdy dyni nie jadłam, więc byłam ciekawa jej smaku. Na "dzień dobry" otrzymaliśmy pieczywko. Podobno smaczne, ja nie jadłam, ale wyglądało ładnie.

Później każdy z nas otrzymał coś dziwnego - buraczki z jakimś plastrem mięsa podane w mini-miseczkach. Nie zrobiłam zdjęcia, zapomniałam, byłam zajęta rozmową. Szkoda, że nie zapytali, czy ktoś życzy sobie taką przystawkę - odmówiłabym lub wzięłabym same buraczki (które uwielbiam), a tak moja porcja pewnie się zmarnowała.

Na dania główne czekaliśmy dość długo - około godziny. Żołądek skręcał mi się z głodu. Jednak jest na to usprawiedliwienie - przy stole było około 15 osób, a potrawy zostały podane niemalże jednocześnie - musiało więc to trwać (chyba nie ma gorszej sytuacji w restauracji jak dostaje się posiłek wcześniej niż inni - jeść wtedy czy nie jeść?). W końcu nadszedł mój makaron.

Porcja makaronu dość duża. Wyglądała OK. Zabrałam się za jedzenie i bardzo mi zasmakowało. Oprócz makaronu, pesto rosso i dyni na daniu znajdował się ser a w daniu... małe kuleczki pieprzu, które przyjemnie trzaskały pod naciskiem zębów:-) Pomimo tego, iż pieprz był dość ostry fajnie komponował się z łagodnością pesto i dyni. Chyba muszę coś podobnego zrobić w domu. Tak czy siak był to najdroższy makaron w moim życiu. Za taką porcję trzeba zapłacić 12,50 euro. Wiem, że to pewnie całkiem normalna cena u naszych zachodnich sąsiadów, ale jak przeliczyłam sobie tę cenę na złotówki, to nie było tak fajnie. Ale co tam, nie potrafiłam sobie odmówić.

Po kolacji, z pełnym już brzuszkiem wróciłam do pokoju. Wzięłam prysznic i położyłam się na bardzo wygodnym wielkim łóżku. W TV nie znalazłam nic ciekawego, więc dość szybko zasnęłam.

A tak wyglądała łazienka:

Posiadała suszarkę, ręczniki, lusterko powiększające do makijażu oraz mydło do ciała i włosów. 

O siódmej rano poszłam na śniadanie. Szwedzki bufet, mnóstwo różności do wyboru. Ja zdecydowałam się na pieczywo, jajecznicę, kuleczki mozzarelli i pomidorka zapiekanego z serem. Następnego ranka zjadłam podobne śniadanie, dodałam sobie tylko placuszki pancakes z owocami. Śniadanie smakowało mi. Jajecznica mogłaby być trochę mniej ścięta (w zasadzie można było kroić ją nożem), ale była smaczna, łagodna w smaku. Pomidorek zapiekany z serem też był smaczny (choć za drugim razem trochę im się przyjarał). Placuszki pancakes - smaczne, fajnie pasują do nich owoce, bardzo delikatne w smaku i konsystencji. Do picia miałam kawę, choć można było sobie zaparzyć herbatę lub wziąć sok. Wiele rodzajów herbat było do wyboru. Mogłam też wybrać na śniadanie inne rzeczy: płatki śniadaniowe, jogurty, dla mięsożerców były kiełbaski. Pewnie wielu potraw nie zauważyłam, było ich naprawdę wiele. Oczywiście znów okazało się, że były to najdroższe śniadania w moim życiu - tak jak makaron kosztowały 12.50 euro. Za to najadłam się do syta i posiłek ten starczył mi na wiele godzin pracy.

 

Największym problemem w hotelu był internet. Nie działał w pokoju - nie tylko u mnie, koledzy też się żalili. Obsługa twierdziła, że to wina tego, że jest bardzo wielu gości. Dziwne to, gdyż po zejściu do baru czy restauracji - działał. Może nie śmigał z zabójczą prędkością, ale dało się sprawdzić pocztę, czy poczytać jakiś portal by dowiedzieć się co tam w Polsce słychać.

Co do reszty nie mam zastrzeżeń. Oczywiście nie było tam tak domowej atmosfery jak w Pension Lippert, ale i tak było OK. Niestety nie wiem ile kosztowały te pokoje. Ale myślę, że jak ktoś ma pieniądze i nie będzie mu przeszkadzał problematyczny internet to będzie zadowolony z hotelu.

Oto strona internetowa: Hotel Amadeus, Frankfurt nad Menem.

Tagi: hotel
17:22, marrrgott , Miejsca
Link Komentarze (2) »
niedziela, 03 marca 2013

Ostatni piątek - wolny poranek, spokój w domu... Telefon wyłączony, by nikt z pracy nie zakłócał mi tego spokoju... Fajnie, a było jeszcze fajniej, gdy zjadłam coś ciepłego na śniadanie:-)

Składniki:

- dwa jajka

- pół pomidora pokrojonego w plastry

- dwie łyżki posiekanego koperku

- dwie łyżki posiekanego szczypiorku

- plaster sera

- olej do smażenia

- łyżka zimnej wody

- garść kiełków brokuła

- przyprawy (sól, pieprz, odrobina mielonej ostrej papryki)

Jajka wbijamy do miseczki, dodajemy koperek i szczypiorek, łyżkę wody oraz przyprawy. Rozkłócamy to widelcem. Na patelni rozgrzewamy odrobinę oleju i wlewamy masę jajeczną. Smażymy na średnim ogniu, by spód się zrumienił a wierzch ściął. Można pod koniec smażenia przykryć patelnię pokrywką. Usmażony omlet przekładamy na talerz, kładziemy na nim plaster sera i plastry pomidora. Doprawiamy solą. Składamy omlet na pół i posypujemy kiełkami.

 

Ilość porcji: 1

 

 

08:15, marrrgott , Przekąski
Link
środa, 27 lutego 2013

Nie udało mi się uniknąć wyprawy służbowej na Targi Ambiente do Frankfurtu nad Menem. W obawie przed długą jazdą samochodem (starsznie mnie to stresuje) zapodałam sobie solidną dawkę uspokajacza z apteki i trochę się wyciszyłam. Po około ośmiu godzinach jazdy trzeba było pomyśleć o noclegu, by stamtąd z samego rana pojechać do pracy. M. włączył wyszukiwanie miejsc noclegowych w swojej nawigacji, wyświetliło się ich kilka. Wybraliśmy miejsce o domowej nazwie (nie pamiętam jakiej) i pojechaliśmy pod wskazane miejsce - miejscowość Alsfeld-Eifa. M. porozmawiał z właścicielem miejsca po niemiecku (nic nie rozumiałam, pomimo lekcji niemieckiego w liceum) i okazało się, że tam miejsc nie ma - nie wiem już czy nie było wolnych miejsc, czy po prostu miejsce to nie było czynne. W każdym razie pan skierował nas do miejsca, gdzie ktoś mógłby nas przyjąć.

Pojechaliśmy około dwustu metrów dalej, M. zadzwonił do drzwi domu, który wyglądał na prywatny. Otworzyła pani, która powiedziała, że pokoje są. Super! Nie będziemy musieli szukać dalej i będzie można trochę odpocząć. Wtargaliśmy swoje walizy na wskazane piętro. Tam okazało się, że pokoje są dwuosobowe, tyle że z jednym łóżkiem. Dla mnie to żaden problem - pokój miałam dzielić z koleżanką z pracy, łóżko było duże, dwie kołdry, dwie poduszki. Koleżanka D. też nie miała z tym problemu. Jednak M.J., który miał dzielić pokój (a w zasadzie łóżko) z M. był średnio zadowolony i powiedział, że kategorycznie na co takiego się nie zgadza. W związku z tym, pani właścicielka bez problemu zaproponowała dwa oddzielne pokoje, ale z jedną wspólną łazienką. Chłopacy przystali na tę propozycję.

A oto pokój w którym byłam:

Czysty, ładny. Przed naszym przyjazdem nie był ogrzewany, jednak pani szybko włączyła kaloryfery.

Po rozpakowaniu się wyszłam na korytarz. Spotkałam tam czarnego kota. Był bardzo przyjazny, dawał się głaskać i łasił się, przez co nie mogłam mu zrobić porządnego zdjęcia;-) Dowiedziałam się, że ma na imię Knut. Bardzo mi się spodobał. Poza tym, lubię domy ze zwierzakami. Biegał gdzieś jeszcze biały kot, ale on nie był aż tak przyjazny i nie dał się pogłaskać.

A tak było na korytarzu:

 

Po jakimś czasie pani właścicielka zapytała na którą godzinę ma przygotować śniadanie. Wybraliśmy godzinę 7. Zapytałam też, czy jest szansa, by dostać coś bezmięsnego na śniadanie. Nie było z tym problemu! Byłam bardzo zadowolona.

Jeszcze tego samego wieczoru udaliśmy się do salonu, by sobie trochę pogadać i zrelaksować się przy piwku. Było to o tyle fajne, że można było porozmawiać z ludźmi z pracy o rzeczach, o których w pracy się za bardzo nie rozmawia. Cenne doświadczenie. Podczas naszego pobytu w salonie pani właścicielka przyszła zapytać czy wszystko OK i czy może coś jeszcze podać (bardzo miłe z jej strony). Była z nią też jej mała córeczka, chyba 3-letnia. Bardzo fajna i wygadana - M. rozmawiał z nią po niemiecku, ja niewiele rozumiałam, ale nie przeszkadzało mi to, żeby stwierdzić, że jest super dziewczynką:-)

Po tych pogaduchach rozeszliśmy się, by pójść spać. Przed snem należy wziąć prysznic. Do dyspozycji miałam malutką, czystą łazienkę, z toaletą, zlewem, prysznicem i czystymi ręcznikami. Woda pod prysznicem była ciepła, a nie jak gdzieniegdzie się zdarza - raz gorąca raz zimna.

Małym problemem był dostęp do internetu. Pomimo posiadania hasła - nie działał. Ani w moim telefonie, ani w laptopie D. No to chciałyśmy chociaż telewizor włączyć - a tam - niebieski ekran. Jakoś nie potrafiłyśmy ustawić sobie kanałów. Następnego dnia okazało się, że chłopakom wszystko działało - i telewizor, i internet. Może dlatego, że pokoje mieli położone nisko - a nie jak my na pierwszym piętrze. Jednak brak internetu i telewizora nie był jakiś dotkliwy. Pogadałyśmy sobie przed snem i poczułam się trochę jak na obozie, gdzie właśnie rozmowy przez snem były najciekawsze i najbardziej przeze mnie oczekiwane.

Jeśli chodzi o łóżko, na którym spałam było bardzo wygodne, kołdra gruba, można było nią się ogrzać, bardzo wygodna była też poduszka. Przyznam się, że bardzo się wyspałam i chętnie spałabym dalej, gdyby nie obowiązki zawodowe.

O 7 rano dnia następnego zeszliśmy do salonu na śniadanie, a tam czekał na nas zastawiony stół. Były na nim świeże bułeczki, ser, dżemy w małych słoiczkach, trochę czekolady do chleba, wędlina, miód, idealnie ugotowane jajeczko...Kurcze, super! Poczułam się bardzo domowo. Dodałabym tylko trochę warzyw, może jakiegoś pomidorka czy ogórka, ale i bez nich śniadanie było bardzo smaczne.

 

 

 

 

 

 

 

Przy porannym posiłku nareszcie internet zaczął działać;-)

Śniadanie zjadłam ze smakiem, napiłam się kawy i z pewną niechęcią ruszyłam na górę by się spakować. Chciałam zostać tam dłużej, ale nic z tego. Przed wyjazdem postanowiłam porobić jeszcze kilka zdjęć z zewnątrz.

 

 

Podsumowując: nie wiem jakim cudem, ale mam nadzieję, że jeszcze tam wrócę. Jestem pewna, że w cieplejszych miesiącach roku jest tam jeszcze bardziej przyjemnie. Do dyspozycji jest duży ogród, miejsce na grilla, cisza i spokój. To jest to co lubię. Poza tym ujęła mnie taka domowa, przyjazna atmosfera. Z panią można bez problemu dogadać się po angielsku. Bardzo podobały mi się zwierzęta. Cena - 60 Euro za pokój dwuosobowy wraz ze śniadaniem. Pensjonat ten znajduje się około 100 kilometrów od Frankfurtu nad Menem. Dane kontaktowe:

Pension Lippert

Michaela Kuster

Vorstadt 27

36304 Alsfeld-Eifa

michaela.kuester@googlemail.com

06631/4361

Zachęcam do pobytu tam!

Tagi: nocleg
18:16, marrrgott , Miejsca
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 lutego 2013

Tak się złożyło, że spędzałam sama piątkowy wieczór. W sumie było fajnie, posłuchałam głośno muzyki, pośpiewałam, trochę potańczyłam i ogólnie spędzałam czas na robieniu niczego sensownego. W pewnym momencie dopadł mnie mały głód. Miałam ochotę na coś na ciepło. Zrobiłam sobie zapiekaną bułeczkę.

Składniki:

- pół dojrzałego awokado

- pół kulki mozzarelli (50g)

- dwa plastry pomidora (które pokroiłam w ćwiartki)

- podłużna, niewielka bułeczka

- dwa niewielkie ząbki czosnku

- margaryna lub masło do posmarowania bułki

- kilka krążków małej cebuli (ja użyłam dymki)

- przyprawy (sól i świeżo mielony kolorowy pieprz) 

Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni Celsjusza. Bułkę przekrawamy na dwie części i smarujemy obie masłem lub margaryną. Mozzarellę kroimy na cienkie plasterki. Pół awokado (oczywiście wcześniej usuwamy pestkę) obieramy i również kroimy na plastry. Czosnek obieramy i przeciskamy przez praskę. Rozsmarowujemy go na połówkach bułki. Następnie na przemian kładziemy na nie ser, awokado oraz pomidora. Posypujemy solą oraz świeżo mielonym kolorowym pieprzem. Wkładamy do piekarnika i zapiekamy przez ok. 7-10 minut (należy uważać, żeby bułka nie spaliła się). Po wyciągnięciu okładamy krążkami cebulki. Jemy szybko, by nie ostygło;-)

 

Ilość porcji: dla jednej osoby

Bułeczkę można też ze smakiem zjeść na śniadanie, więc wrzucam przepis do akcji

Sezon na awokadoOrganizator: Aniko

 

środa, 20 lutego 2013

Już dawno miałam ochotę przestać kupować mrożone kluski śląskie w marketach. Niestety, nie wierzłam, że mogę takie kluchy zrobić własnymi siłami. Na szczęście, natknęłam się na bloga Waniliowa Kawiarenka, gdzie znalazłam przepis na to danie. Powiem szczerze, że już wcześniej widziałam w telewizji, że kluski te robi się w podany w przez WN sposób, jednak zawsze wydawało mi się to niebywale trudne. W końcu jednak wzięłam się w garść i przygotowałam kluski sama. Wiem już jedno - nie mam zamiaru przepłacać w sklepie za ten produkt.

Składniki:

(kluski) 

- kilogram ziemniaków

- 250g skrobii ziemniaczanej

(sos)

- 20g pieczarek

- 1 cebula

- 2 - 2,5 szklanki bulionu warzywnego 

- 2-3 łyżki śmietany (18%)

- olej

- przyprawy (sól, cukier, pieprz) 

Ziemniaki obieramy, wkładamy go garnka z wodą, gotujemy. Gdy będą miękkie odlewamy wodę i odparowujemy. Pozwalamy im ostygnąć, po czym ugniatamy tłuczkiem. Następnie przekładamy do miski, powierzchnię wyrównujemy. Dzielimy ziemniaki na cztery części, jedną czwartą ziemniaków wyciągamy. W puste miejsce po ziemniakach wsypujemy skrobię ziemniaczaną. Dodajemy wczśniej odłożone ziemniaki i zagniatamy ciasto. Ręką formujemy kulki i palcem robimy w nich dziurkę. W garnku doprowadzamy do wrzenia wodę, solimy. Wrzucamy nasze kluseczki, mieszamy by nic nie przylgnęło do dna, pozwalamy wypłynąć i gotujemy ok. 3-4 minut od momentu wypłynięcia. 

Jeśli chodzi o sos, to zdecydowałam się na sos pieczarkowy.  

Pieczarki myjemy, odcinamy nóżki, kroimy w plastry. Cebulę obieramy i siekamy w kostkę. Na patelni rozgrzewamy ojej, wrzucamy cebulę, oprószamy szczyptą cukru i smażymy na złoto. Następnie dodajemy pieczarki, podsmażamy je z cebulą, po czym pozwalamy, by puściły sok. Gdy płyn z nich wypłynie, przykrywamy patelnię i dusimy kilka minut. Ściągamy pokrywkę i pozwalamy by cały płyn wyparował. Wlewamy do pieczarek i cebuli szkankę bulionu warzywnego i gotujemy chwilę. Gdy płyn się przegotuje wybieramy łyżką mniej więcej połowę pieczarek i odkładamy je do miseczki lub na talerz. Pozostałe w garnku pieczarki i bulion miksujemy. Dolewamy śmietanę, przyprawiamy, mieszamy i wrzucamy wyjęte wcześniej pieczarki. Sos ponownie zagotowujemy. Polewami nim kluski, posypujemy zieleniną. I gotowe:-)

 

 

niedziela, 17 lutego 2013

Kupiłam kiedyś krakersy. Leżały nierozpakowane, a ja nie miałam jakoś na nie ochoty. W końcu postanowiłam podrasować trochę tę przekąskę i zrobiłam pastę do nich. Od razu po spróbowaniu miałam ochotę zjeść je wszystkie;-) Jest to pasta trochę podobna do dipu kukurydzianego, jednak ma bardziej zwartą konsystencję.

Składniki:

- puszka kukurydzy

- ugotowane na twardo jajko

- 5 dużych plastrów sera

- dwa ząbki czosnku

- niewielka garść szczypiorku

- odrobinka oleju

- przyprawy (sól, pieprz, mielone chili)

Kukurydzę odsączamy na sitku. Patelnię smarujemy odrobiną oleju (pędzelkiem). Zapalamy średni ogień i przekładamy na nią odsączoną kukurydzę. Cały czas mieszając doprowadzamy do bardzo delikatnego zrumienienia, trwa to około 10 minut. Przekładamy do miseczki i pozwalamy kukurydzy ostygnąć. Jajko, ser, szczypiorek i czosnek siekamy. Dodajemy do ostudzonej kukurydzy, wszystko z wyjątkiem szczypiorku. Dodajemy również przyprawy. Następnie miksujemy wszystko blenderem na jednolitą masę. Wrzucamy do niej posiekany szczypiorek i mieszamy tym razem łyżką. Serwujemy z krakersami, choć do kanapki taka pasta też pasuje.

 

 

środa, 13 lutego 2013

Sos czosnkowy jest dla mnie doskonałym dodatkiem niemalże do wszystkiego. Tym razem wzbogaciłam sos koperkiem i szczypiorkiem.

Składniki:

- 5 łyżek śmietany 12%

- 2 łyżki majonezu

- 2 przeciśnięte przez praskę ząbki czosnku

- mały pęczek koperku

- pół pęczka szczypiorku

- przyprawy (sól, pieprz, pół łyżeczki cukru)

Śmietanę i majonez mieszamy w miseczce. Zieleninę drobno siekamy i dodajemy do mieszanki śmietany i majonezu. Dodajemy również czosnek. Doprawiamy. Wkładamy do lodówki na około pół godziny. Zajadamy z czym chcemy:-)

 

środa, 06 lutego 2013

Uwielbiam suszone pomidory. Dziś postanowiłam przekształcić je w sos do makaronu. Takie trochę udawane pesto. I wyszło fajnie:-)

Składniki:

- 250g pełnoziarnistego makaronu (np. świderki)

- słoik suszonych pomidorów w oleju (285g)

- puszka drobnej, białej fasoli

- ząbek czosnku

- 13 łyżek oliwy

- plaster żółtego sera

- przyprawy (sól, świeżo mielony kolorowy pieprz, szczypta mielonego chili, szczypta suszonej bazylii)

Pomidory odcedzamy z oleju na sitku. Olej ten zachowujemy - może się przydać do późniejszego przygotowania potraw (na przykład do usmażenia jajecznicy).  Ząbek czosnku obieramy i niezbyt drobno siekamy. Plaster sera kroimy na małe kawałeczki. Pomidory, ser i czosnek przekładamy do miseczki. Dodajemy 12 łyżek oliwy, przyprawy i miksujemy blenderem na gładką masę.

Makaron gotujemy w osolonej wodzie według przepisu na opakowaniu. W międzyczasie odcedzamy na sitku fasolę. Gdy makaron będzie ugotowany rozgrzewamy na patelni łyżkę oliwy i wrzucamy na nią makaron, fasolę oraz zmiksowane pomidory. Chwilę podgrzewamy, ciągle mieszając, by sos pokrył makaron i ewentualnie jeszcze doprawiamy. Podajemy na ciepło.

 

Ilość porcji: 2-3 

niedziela, 03 lutego 2013

Zupełnie nie wiedziałam co ugotować na obiad. Za to wiedziałam jedno - obiad ma być z ziemniakami. Przeszukiwałam internet w poszukiwaniu inspiracji, jednak nie znalazłam niczego co by mnie w szczególny sposób zachwyciło. W końcu dałam sobie spokój. Stwierdziłam, że ziemniaki ugotuję tradycyjnie, do nich dodam jakieś buraczki ze słoiczka i wyciągnę jakiegoś zamrożonego kiedyś kotlecika fasolowego. Wyciągając ziemniaki do obrania wpadłam na zupełnie inny pomysł obiadowy. Zrobię zapiekankę! Ziemniaczanej nie robiłam, więc nadszedł czas by tego dokonać. Rozejrzałam się po kuchni, zajrzałam do lodówki i już w mojej głowie powstał kompletny pomysł.

Składniki:

- 5 ziemniaków, raczej większych niż mniejszych

- szklanka suchego granulatu sojowego

- 3 jajka

- 3 duże plastry sera

- średnia cebula

- 3 ząbki czosnku

- olej

- szklanka wody lub bulionu warzywnego + łyżka wody

- tłuszcz (ja użyłam margaryny) i bułka tarta do wysmarowania formy do zapiekania

- przyprawy (sól, świeżo mielony kolorowy pieprz, szczypta cukru, mielone chili, suszona natka pietruszki, majeranek, tymianek)

Ziemniaki myjemy, nie obieramy, wkładamy do garnka z wodą i gotujemy w łupinach do miękkości. Gdy będą miękkie odcedzamy i pozwalamy im ostygnąć. Następnie obieramy z łupin.

Cebulę kroimy jak nam się podoba, a czosnek siekamy drobno. Na patelni rozgrzewamy olej i wrzucamy na niego cebulę z czosnkiem, delikatnie oprószając cukrem. Smażymy aż cebulka lekko się zrumieni. Następnie dodajemy na patelnię szklankę granulatu. Przesmażamy chwilę i dolewamy na patelnię szklankę wody (pewnie może też być bulion warzywny, ale ja akurat nie miałam). Dodajemy przyprawy - duuuużo majeranku, duuuuużo tymianku, dość solidną porcję soli, świeżo mielony pieprz, mielone chili. Mieszamy, czekamy aż granulat wchłonie wodę i mieszając trzymamy jeszcze chwilę zawartość patelni na ogniu. Wyłączamy ogień i również pozwalamy ostygnąć.

Gdy granulat będzie zimny dodajemy do niego jajko i mieszamy. Do osobnej miseczki wbijamy dwa pozostałe jajka i rozkłócamy je z przyprawami - solą, pieprzem, suszoną natką pietruszki.

Niewielkie naczynie do zapiekania smarujemy tłuszczem i wysypujemy bułkę tartą. Ziemniaki kroimy na plastry i wykładamy nimi spód naczynia. Delikatnie je solimy i pieprzymy i nakładamy na ziemniaki warstwę granulatu. Następnie znów ziemniaki (solimy je i pieprzymy), warstwa granulatu i znów ziemniaki. Zalewamy to wszystko wcześniej rozkłóconymi jajkami. Na wierzch kładziemy ser (u mnie 3 duże plastry). Zapiekamy w piekarniku ustawionym na 200 stopni Celsjusza przez 20 minut.

Pycha!

Ilość porcji: 4 mniejsze lub 2 większe 

Mała uwaga - zapiekanka jest nawet lepsza po odgrzaniu pozostałości z obiadu w piekarniku. Jest też bardziej zwarta.

Polecam:-) 

środa, 30 stycznia 2013

Kapusta kiszona - to jest to! Smaczna w zasadzie w każdej postaci. Cudowna jako surówka do obiadu wraz z marchewką. Zrobienie takiej surówki było moim planem, gdy kupowałam kapustę, ale w ostatniej chwili zmieniłam zdanie. Naszła mnie ochota na kotlety z kapusty kiszonej. Zwłaszcza, że jeszcze takich nie robiłam, a nawet nie jadłam i byłam niezmiernie ciekawa jak takie coś będzie smakować. Zrobienie tego dania zajęło mi trochę więcej czasu niż zrobienie na przykład kotletów z granulatu sojowego czy fasoli i cieciorki, ale nie szkodzi. Efekt poświęconego czasu był bardzo zadowalający.

Składniki:

- pół kilograma kapusty kiszonej

- 300g pieczarek

- średnia, obrana cebula

- obrany i posiekany ząbek czosnku

- jajko

- dwie łyżeczki sosu sojowego

- olej

- bułka tarta

- mąka pszenna

- dwie kromki namoczonego w wodzie i dobrze odciśniętego chleba

- przyprawy (sól, świeżo mielony kolorowy pieprz, suszony tymianek)

Kapustę umieszczamy na sitku, płuczemy i odsączamy. Na patelni rozgrzewamy trochę oleju, wrzucamy odsączoną kapustę, zalewamy 3 szklankami zimnej wody, dodajemy sól, pieprz oraz dwie łyżeczki ciemnego sosu sojowego. Przykrywamy i duśmy na średnim ogniu około 20 minut, co jakiś czas mieszając. Następnie ściągamy pokrywkę i pozwalamy by woda wyparowała.

W międzyczasie siekamy cebulę, płuczemy pieczarki, odcinamy im nóżki i kroimy na plastry. Na drugiej patelni rozgrzewamy olej, szklimy na nim cebulę, a następnie wrzucamy plastry pieczarek i delikatnie solimy. Wszystko smażymy dopóki woda z pieczarek nie wyparuje.

Uduszoną kapustę oraz usmażone pieczarki odstawiamy do ostygnięcia. Następnie kapustę przekładamy do miski, bierzemy blender i miksujemy ją na jednolitą masę. Dodajemy do niej pieczarki, surowe jajko, przyprawy (sól, pieprz oraz tymianek) i odciśnięty chleb. Mieszamy wszystko ręką lub łyżką. Masa jeszcze nie będzie zdolna do formowania kotlecików, dlatego należy dodać bułkę tartą. Nie powiem dokładnie ile (w moim przypadku dość sporo), gdyż robiłam to na oko. Chodzi o to, by kotlety dało się formować.

Na talerzyk wsypujemy mąkę i bułkę tartą (pół na pół), mieszamy, ręką formujemy niewielkie kotleciki i obtaczamy w łącznotkankowymi miksie.

Rozgrzewamy na patelni olej i smażymy kotlety z dwóch stron na złoto.

Z podanych składników wyszło mi 14 kotlecików. Czyli spokojnie mam zapewnione co najmniej 3 obiady dla dwóch osób.

 

niedziela, 27 stycznia 2013

Zawsze miałam ochotę zrobić jajko w koszulce. Moja pierwsza próba niestety była nieudana. Białko nie ścięło mi się dostatecznie i wyglądało jak jakiś półprzeźroczysty glut. Okazało się, że trzymałam jajko w wodzie zbyt krótko. To wszystko przez to, że zależało mi na płynnym żółtku.

Ostatnio moja chęć na zrobienie jajka w koszulce wróciła. Zobaczyłam, że przygotowują coś takiego w jakieś powtórce MasterChefa z Gordonem Ramsayem. Powiedziałam P. o moim pragnieniu kulinarnym i o obawach z nim związanych (czyli jak zrobić by białko się ścięło a żółtko zostało płynne). On stwierdził, że gotowałby jajko przez równie dwie minuty. Uznałam, że ta rada nie jest zła i postanowiłam wprowadzić ją w życie. W związku z tym przygotowałam:

- jajko

- około 1,5 litra gotującej się wody

- niecałą łyżeczkę octu

- kanapkę, na którą zamierzałam położyć jajko

- szczypiorek, sól, pieprz do posypania kanapki

Do gotującej się wody dodałam niecałą łyżeczkę octu. Do miseczki wbiłam jajko.  Łyżką wprowadziłam wodę w wir i wlałam do niej jajko z miseczki. Od tego momentu czekałam dwie minuty z zegarkiem w ręku. Wyjęłam jajko łyżką cedzakową i położyłam na kanapkę. W ten oto sposób otrzymałam idealnie ścięte białko i cudownie płynne żółtko. Trzeba jeść nad talerzem, gdyż można się trochę pochlapać, po co marnować takie fantastyczne żółtko jak można zebrać je z talerza skórką od chleba;-)

 

 

08:45, marrrgott , Inne
Link
piątek, 25 stycznia 2013

Witam serdecznie:-)

dziś zapraszam na moją relację z baru Sai-gon w Bydgoszczy na blogu Street Food Polska

Pozdrawiam Was gorąco!

marrrgott 

 

 

 

21:36, marrrgott , Inne
Link
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Tagi
Image and video hosting by TinyPic Durszlak.pl Vegespot.pl - Przepisy wegetariańskie
Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów Top Blogi Odszukaj.com - przepisy kulinarne
zBLOGowani.pl
Instagram