Przepisy wegańskie i wegetariańskie oraz opinie o restauracjach, kawiarniach i innych miejscach.
niedziela, 08 września 2013

O ponownej wizycie w tej restauracji marzyłam od roku. Rok temu podczas wakacji odkryłam to miejsce i po prostu musiałam tam wrócić. Tam po raz pierwszy (jak i drugi, na razie ostatni) miałam okazję zjeść falafel, który mnie zafascynował.

W związku z tym, w tym roku tylko po to wybraliśmy się z P. do Koszalina. Cieszyłam się na samą myśl, zwłaszcza, że miałam ochotę zjeść coś więcej niż falafel (z tego co pamiętałam było tam do wyboru więcej niż jedno danie dla wegetarian).

Dotarliśmy na miejsce, godzina wczesnoobiadowa. Usiedliśmy na zewnątrz lokalu, gdyż było potwornie gorąco. Chwilę musieliśmy na kartę poczekać. W pewnym momencie przyszła do nas pani kelnerka z pytaniem czy może przyjąć zamówienie? A my nadal byliśmy bez menu... W końcu je dostaliśmy i poczytałam sobie co mają mi do zaoferowania. Było tego trochę, jednak zdecydowałam się na kotleciki z ciecierzycy, hummus i mrożoną kawę. P. zamówił coś mięsnego i oczekiwaliśmy na nasze zamówienie. Dodam, że na początek miał pojawić się hummus, a następnie, jak już zostanie zjedzony miał zostać podany falafel i danie P.

Obsługa - choć bardzo miła - była trochę zakręcona. Pani zapomniała, co zamówiłam oprócz falafela (falafla?). Dobrze, że przyszła i zapytała. Przy okazji dowiedziałam się, że falafel jest robiony bez użycia jajka (tego pani też od razu nie wiedziała, ale doceniam to, że poszła do kucharza i zapytała).

Na "dzień dobry" wkroczyła mrożona kawa ze spienionym mlekiem. Bardzo smaczna.

 

Po około dwudziestu minutach zostało przyniesione danie P. oraz mój hummus. Halo, halo, ktoś coś pokręcił... Miał być hummus, a później dania na ciepło. No ale OK, co zrobić? P. zabrał się za swoje mięsiwo, a ja za pastę z ciecierzycy. Cholerka, smaczne to! Smakowało wyraźnie ciecierzycą, podane z pomidorem, oliwą, ogórkiem i chlebkiem pita. Niestety nie mogę stwierdzić czy właśnie tak hummus powien smakować, gdyż był to mój pierwszy raz, ale uważam, że było to dobre. Z tego co słyszałam hummus robi się z dodatkiem pasty sezamowej, z odrobiną soku z cytryny. Powiem szczerze - ani sezamu, ani cytryny nie wyczułam. Może charakterystyczna woń i smak oliwy zagłuszyły te aromaty? Chlebek pita był smaczny rumiany, doskonale nadawał się na rwanie na kawałki i wybieranie nim hummusu:-)

 

W międzyczasie pani kelnerka zapytała jak ma być podany falafel. Czy zawinięty w pitę, czy podany na talerzu? Ponieważ roku temu jadłam w picie postanowiłam zjeść tym razem na talerzu - ładniej będzie się prezentować na zdjęciu;-)

Gdy już opędzlowałam całą miseczkę humusu na stół wkroczył król, czyli falafel. Jejku... Świeże warzywa, kotleciki, pokrojona na kawałki pita... Uśmiechałam się sama do siebie widząc to. Sałatka warzywna była jędrna i chrupiąca, pita - podobnie jak w przypadku hummusu rumiana i smaczna, a kotleciki? Specyficzne, charakterystyczne. Doprawione takimi przyprawami, których ja w kuchni jak na razie nie używam. Podejrzewam, że doprawione były kuminem i/lub kolendrą. Nie wiem czy to charakterystyczna cecha tych kotlecików, ale były lekko suche. Jednak nie przeszkadzało mi to, by delektować się smakami, których na codzień nie jadam. Dostałam do dania jakiś sosik, w smaku podobny do miksu keczupu z majonezem. Był OK, ale bez żadnych zachwytów.

 

Jeśli chodzi o ceny, to moje dania kosztowały zaskakująco mało. Nie pamiętam dokładnie, ale łącznie za kawę, hummus i falafel zapłaciłam ok. 30 zł. Dodam, że jednym daniem spokojnie mogłabym się najeść i tylko łakomstwo nakazało mi spróbować  dwóch. Zjadłabym więcej, ale pomimo sporych rozmiarów mojego żołądka, nie mogłam już nic w siebie wcisnąć.

Jak wspomniałam wcześniej - obsługa była bardzo miła, ale:

- długo czekaliśmy na menu

- pani nie pamiętała co dokładnie zamówiłam

- pomylono kolejność podania dań, o którą prosiłam

- w daniu P. miał być ser, a nie było (całe szczęście nie doliczono tego sera do rachunku)

- nie doliczono kawy do rachunku (w sumie byłaby ich strata, ale jakoś nie mogłam wyjść nie płacąc za to co zamówiłam)

Ale wybaczam to wszystko, bo bardzo mi smakowały zaserwowane potrawy:-)

Żałuję, że nie ma podobnego miejsca w Bydgoszczy (chyba, że o czymś nie wiem?). Klimaty Bliskiego Wschodu podobają mi się. Poza tym, wydaje mi się, że tego typu restauracje mają bogatszy wybór dań dla wegetarian. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś odwiedzę Koszalin, ale jeśli tak to z pewnością wrócę do Fenicji, by spróbować innych dań.

 

Fenicja Koszalin 

 

... i tak dla porównania. Dzień wcześniaj byłam w Sarbinowie. Trzeba było coś zjeść. Przy głównej ulicy mieści się lokal (a w zasadzie namiot) "Czym chata bogata". Widać tam jak na wielkich paterach grzeją się różne potrawy, między innymi warzywa. Kupuje się jedziedzie na wagę. I za 27 zł z groszami zamówiłam coś takiego:

Kompletnie pozbawione smaku warzywa (tylko buraczki były w miarę sensowne).  Musiałam oprószyć je obficie solą, by w ogóle były zjadliwe. Nie polecam. 

Tagi: falafel
09:08, marrrgott , Restauracje
Link Komentarze (2) »
niedziela, 01 września 2013

Na pierogi z bobem i czosnkiem ostrzyłam sobie zęby już od zeszłych wakacji, gdzie dostrzegłam właśnie takie w jednej z pierogarni. W tym roku okazało się, że zjeść ich nie mogę, z uwagi na ukryty w nich boczek. Nie pozostało mi nic innego niż zrekompensować sobie tę sytuację i wyciągnąć z zamrażarki zamrożony tego lata bób i przygotować pierogi, na których samą myśl ślinka mi ciekła.

Składniki:

- 2 szklanki mąki + trochę mąki do posypania

- szklanka gorącej wody

- pół kilograma bobu (świeży lub mrożony)

- 3 ząbki czosnku

- 4 łyżki posiekanego koperku

- dwie łyżki oliwy

- opcjonalnie cebula i olej do okraszenia pierogów

- przyprawy (sol, świeżo mielony kolorowy pieprz)

Bób gotujemy w wodzie do miękkości. Obieramy go z łupinek (ja zawsze je podjadam;-) i umieszczamy w misce. Dodajemy łyżkę oliwy, trzy obrane ząbki czosnku, sól i pieprz. Blendujemy na gładką masę. Następnie dodajemy posiekany koperek mieszając masę dokładnie.

Mąkę przesiewamy do miski. Dodajemy łyżkę oliwy, szczyptę soli i zalewamy ją gorącą wodą. Mąkę z wodą mieszamy łyżką (żeby się nie poparzyć) a następnie ręką zagniatamy elastyczne i jednolite ciasto. Trwa to kilka minut. Na stolnicę sypiemy mąkę, przekładamy wyrobione ciasto. Można je podzielić na dwie części, będzie łatwiej wałkować. Rozwałkowujemy je dość cienko w razie potrzeby posypując ciasto mąką by nie kleiło się do wałka. Szklanką lub innym dostępnym sprzętem wykrawamy kółka. Na środek każdego kładziemy masę z bobu i bardzo dokładnie zlepiamy. Odkładamy na papier do pieczenia - wtedy nie przylepią się do podłoża.

W garnku gotujemy wodę z solą, dodajemy odrobinę oliwy lub oleju. Do wrzątku wrzucamy pierogi i gotujemy kilka minut od ich wypłynięcia (nie wiem dokładnie ile, ja gotuję na oko,  zawsze najlepiej jest przetestować). Wyciągamy je łyżką cedzakową od razu na talerz lub na papier do pieczenia tak by się ze sobą nie stykały - unikniemy sklejonych pierogów).

Ja jestem z nich bardzo zadowolona, mój sceptycznie podchodzący do bobu P. również:-) Chciałam część z nich zamrozić, ale były tak smaczne, że zniknęły w mgnieniu oka.

Ilość porcji: 2-3 (24 sztuki) 

niedziela, 25 sierpnia 2013

Podczas pobytu w Gąskach trzeba było coś jeść. OK - w miejscu moich wakacji była kuchnia, ale korzystałam z niej tym razem nieczęsto. Już dwa lata temu odkryłam z P. pierogarnię "Primavera". Jak sama nazwa wskazuje zjemy tam pierogi, ale nie tylko. Do wyboru są również zwykłe dania obiadowe, których nie miałam okazji nigdy spróbować. Pierogarnia mieści się przy ulicy Nadbrzeżnej (informacja z paragonu), jednak by się do niej dostać trzeba skręcić w ulicę Kościelną. Dostrzeżemy tam płot, za którym ustawione są stoliki i parasole. Je się tylko na zewnątrz, wewnątrz budynku mieści się punkt przyjmowania zamówień, kuchnia oraz toaleta.

 

Niewątpliwą zaletą tego miejsca jest to, że pierogi lepione są na bieżąco, widać, jak panie kucharki wrzucają się do gotującej się wody, więc trzeba na nie trochę poczekać. Menu nie jest rozbudowane i mieści się tuż przy wejściu do budynku, w którym możemy zamówić jedzenie. Zamawiamy, płacimy, dostajemy paragon z numerkiem i oczekujemy. Pół biedy, jeśli da się gdzieś spocząć. Czasem bywało, że było mnóstwo ludzi i trzeba było na wolne miejsce poczekać stojąc.

 

W tym roku nie mogłam odmówić sobie pierogów z kaszą gryczaną i twarogiem. Poznałam je rok temu i się zafascynowałam. Chciałam sprawdzić czy tym razem będą tak smaczne jak wcześniej. O tak! Były! Czterdzieści minut czekania (był full ludzi) opłaciło się. Ciasto przepyszne i delikatne, farsz zdominowany przez kaszę (uwielbiam ją, choć nieczęsto ją jadam), twaróg delikatnie przełamywał charakterystyczny smak kaszy. Dla mnie bomba. Taką ilością pierogów spokojnie można się najeść. Dwa lata temu jadłam pierogi włoskie, które mają w swoim farszu chyba dwa lub trzy rodzaje sera i są polane sosem pomidorowym. Smaczne, ale pierogi z kaszą gryczaną i twarogiem to mistrzostwo.

 

Nie ukrywam, że miałam ogromną ochotę spróbować pierogów z bobem i czosnkiem. Dlatego kilka dni później wybraliśmy się na kolejny obiad, bym mogła zrealizować swoje fantazje. Godzina była wcześniejsza, ludzi mniej. Czas oczekiwania to 20 minut. Super. Zamówiliśmy co chcieliśmy, do tego piwo i czekamy. Po około piętnastu minutach dopadła mnie pewna wątpliwość... Przypomniałam sobie, że w wielu przepisach do bobu dodawany jest boczek. Poszłam więc zapytać się, czy przypadkiem moje pierogi nie będą okraszone czymś takim. Pani przyjmująca zamówienie powiedziała, że nie. Już miałam się ucieszyć, gdy pani kucharka wychodząca z kuchni powiedziała, że w farszu jest boczek. Smutno mi się zrobiło, ale to wszystko moja wina, mogłam dopytać się wcześniej. Jednak pragnienie bobu zupełnie przysłoniło mi moje myślenie no i nie zapytałam. Dowiedziałam się również, że nie ma możliwości zmiany zamówienia, gdyż pierogi akurat są w garnku. No cóż. Poszłam do P. wyżaliłam się. Postanowiłam wziąć te pierogi na wynos, by po prostu komuś je wręczyć (P. niby nie lubił bobu). Całe szczęście mieliśmy przy sobie jeszcze trochę drobnych, więc poszłam i zamówiłam sobie pierogi z soczewicą, upewniwszy się, że nie mają w swym składzie boczku. Pani kucharka powiedziała, że nie, ale dodała, że zawierają jajko w farszu. No OK, to może być. Więc znowu musiałam czekać, a P. zajadał się swoim mięsnym posiłkiem. Postanowił również spróbować pierogów z bobem, które o dziwo zasmakowały mu i wzięliśmy je do "domu" by mógł je sobie odsmażyć.

Po jakimś niedługim już czasie dostałam swoje pierogi z soczewicą. Nie wiem z jakiego powodu, może ktoś chciał mi zrekompensować moją nieuwagę, ale dostałam dziesięć pierogów, zamiast dziewięciu. Miłe:-) I znów - ciasto smaczne delikatne, pierogi smaczne. Jednak tym razem farsz był nieco kwaskowy, nie wiem może to za sprawą jakiejś przyprawy? Ogólnie smakowało mi, ale trochę im brakowało do pierogów z kaszą gryczaną i twarogiem.

 

Jeszcze taka mała informacja - dowiedziałam się, że ciasto na pierogi robione jest bez jajka. 

Powyższa sytuacja nauczyła mnie, że należy pytać, pytać i jeszcze raz pytać, by nie było żadnej wpadki. Ale poza tym polecam to miejsce, bo pierogi są smaczne i świeże. A to jest najważniejsze.

niedziela, 18 sierpnia 2013

Dziś chciałabym Wam opisać i pokazać miejsce, gdzie przez ostatnie 4 lata miałam okazję spędzać wakacje, czyli ośrodek wypoczynkowy Arek, który znajduje się w Gąskach, niedaleko Mielna. Trafiłam na to miejsce zupełnie przez przypadek, kiedy cztery lata temu razem z P. błądziliśmy w okolicach Mielna i szukaliśmy jakiegoś noclegu, by dwie noce spędzić nad Bałtykiem. Poszukiwania nie były łatwe - większość informacji o wolnych pokojach była nieaktualna, a jeśli nawet jakiś pokój był wolny to na taki krótki czas nie chciano nas przyjąć tłumacząc się na przykład dodatkowym kosztem prania pościeli. Nawet za dodatkową opłatą za pranie nie udzielono nam noclegu:-(

Wreszcie dotarliśmy do Gąsek. W pierwszym upatrzonym miejscu - brak możliwości noclegu. Drugim miejscem był właśnie ośrodek "Arek", gdzie bardzo miła pani właścicielka poinformowała nas, że nie ma problemu, by zatrzymać się na dwie noce. Pokazała nam pokój, który przypadł nam do gustu, powiedziała ile będzie to kosztować (cena była bardzo OK), otrzymaliśmy klucz i już mogliśmy się cieszyć krótkim wypoczynkiem. Tak nam się tam spodobało, że byliśmy tam kilka razy.

 

Pokoje, które mieliśmy okazję wynajmować nie są luksusowe. Dwa łóżka, które można przesunąć, by je połączyć, szafa, stolik, dwa krzesła, szafka nocna, mały telewizorek, no i łazienka z prysznicem. Łazienka skromna, nie jest urządzona nowocześnie, ale jest czysta i spełnia swoją funkcję. Cena: 45 zł za dobę od osoby. Od czterech lat cena ta nie zmieniła się, co jest bardzo miłe. Jest tam również kuchnia, w której można sobie pichcić co tylko się podoba, na wyposażeniu są liczne garnki, patelnie, sztućce i szklanki, więc teoretycznie nie trzeba ich ze sobą zabierać (choć jednak ja szklanki lubię mieć swoje). Dostępny jest też czajnik elektryczny w kuchni - jeden, ale nie widziałam, żeby ktokolwiek się o niego bił. Do każdego pokoju przypisana jest mała lodóweczka, w której możemy przechowywać naszą żywność. Lepiej jest trzymać ją w woreczkach, gdyż z małego zamrażalnika w lodówce cieknie trochę woda (jest to jednak mały minus).

 

Ze strony internetowej wiem, że można wynająć tam pokoje lepsze niż te, w których byłam, jednak nigdy nie zapytałam ile one kosztują. Pokoje, w których miałam okazję spędzać wakacje są dla mnie zupełnie wystarczające.

Jeśli ma ktoś ochotę spędzić czas pod namiotem to oczywiście także może. Do dyspozycji jest duże pole namiotowe.

 

Ośrodek posiada własne wejście na plażę, przez co dojście na nią zajmuje około minutę. Na terenie ośrodka znajdziecie także trzy altanki z grillem, ławeczki i stoliki przy których można napić się kawy czy zapalić papierosa (w pokojach jest zakaz palenia), pole do siatkówki. Blisko jest sklep, w którym znajdziecie dużo różnorodnych produktów oraz świeże pieczywo. Można tam płacić kartą. Ceny są trochę wyższe niż w miastach, ale to zrozumiałe.

"Arek" mieści się około kilometra od najważniejszej części Gąsek, czyli miejsca, gdzie jest latarnia morska, na którą można wejść by podziwiać widoki. Są tam też miejsca, gdzie można się posilić. Niestety podają tam głównie ryby. Można tam kupić także pamiątki, takie jak wszędzie nam morzem, nic szczególnego. Przy głównej ulicy (Nadbrzeżnej) można za to natrafić na stragany z bardzo ładnymi warzywami i owocami, które są o niebo lepsze niż te ze sklepu.

Ważnym dla mnie aspektem w ośrodku "Arek" jest to, że można tam ze sobą zabrać zwierzęta. Mogą one tam przebywać bez dodatkowej opłaty, jednak jest pewien warunek - trzeba po nich sprzątać (nie jest to chyba wygórowany wymóg), co ludzie robili, przez co było czysto.  W tym roku było dużo ludzi ze swoimi zwierzakami, co mnie co cieszy.

 

 

Ludzie jak dotąd zachowywali się kulturalnie i grzecznie. No, może poza małym incydentem, gdzie jakaś rodzinka ze znajomymi w pokoju obok urządziła sobie imprezkę po godzinie 23... Niestety słychać ich było bardzo, całe szczęście jakiś inny sąsiad przywołał ich do porządku i można było spać.

Jeśli macie dzieci i boicie się, że będą się nudzić, to się nie martwcie. Z roku na rok jest tych dzieci coraz więcej (i ktoś chce mi wmówić, że jest niż demograficzny???), zapoznają się i tworzą swego rodzaju dziecięce gangi bawiące się i goniące pod wieczór, gdy rodzice są zajęci na przykład grillowaniem. Poza tym dostępny jest plac zabaw, trampolina, gdzie dzieciaki mogą się wyskakać, pole do siatkówki i piłki nożnej.

Od rana do wieczora po ośroku chodzą panie sprzątające i sprzątają nawet tam, gdzie według mnie było czysto. Mam do nich wielki szacunek za tak ciężką pracę, często w palącym słońcu i upale.  

Lubię Gąski za to, że w porównaniu do Mielna czy Sarbinowa nie ma tam jeszcze aż tak wielu osób. W Sarbinowie przy głównej ulicy znajdziemy milion pięćset sto dziewięćset straganików, restauracji i mnóstwo ludzi. W Gąskach tak na prawdę dużo ludzi jest przy latarni morskiej, przy głównej ulicy nie znajdziemy zbyt wielu straganów i miejsc gdzie można kupić jedzenie i pamiątki, choć widzę, że powoli już zaczyna się to zmieniać - w tym roku po raz pierwszy widziałam nową smażalnię ryb i pizzerię Atom, której wcześniej nie było. Mam nadzieję jednak, że przemiana ze spokojnego miejsca w centrum turystyczne potrwa jeszcze kilka lat.

Pomimo tego, że wakacje w Gąskach wspominam bardzo dobrze, nie wiem czy jeszcze tam wrócę. Mam ochotę poznać i zobaczyć coś nowego. Ale jeśli zwycięży sentyment i atrakcyjne (dla mnie) ceny pobytu to pojadę tam. Może będziemy mieli okazję się spotkać?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

09:53, marrrgott , Miejsca
Link
niedziela, 11 sierpnia 2013

Kupiłam cukinię. Schowałam do lodówki. W zasadzie to nawet trochę o niej zapomniałam. Tak na prawdę jakoś brak mi było inspiracji i chęci, by coś z niej przygotować. Natknęłam się jednak na przepis Ani z bloga Moje przepisy-Ania i uznałam, że coś tak prostego muszę zrobić, zanim moja cukinia stanie się niezjadliwa i zepsuta. To był strzał w dziesiątkę!

Składniki:

- średnia cukinia

- 2 jajka

- miks mąki i bułki tartej do panierowania

- olej

- odrobina zimnej wody

- przyprawy (sól, świeżo mielony kolorowy pieprz, czosnek granulowany)

Cukinię obieramy. Kroimy na plastry max. półcentymetrowe. Kładziemy je na sicie, solimy. Odstawiamy na 15 minut, a następnie płuczemy i osuszamy papierowym ręcznikiem. W miseczce rozkłócamy jajka z odrobiną wody. Każdy plaster cukinii obtaczamy dokładnie w jajku, a następnie w miksie mąki i bułki tartej. Plastry układamy na talerzyku. Gdy wszystkie zostaną dokładnie obtoczone rozgrzewamy na patelni olej. Jego ilość - nie za dużo, nie za mało. Gdy się rozgrzeje, kładziemy nasze plastry cukinii i smażymy na złoto z obydwóch stron. Cukinię podczas smażenia posypujemy przyprawami. Podajemy z ziemniakami na obiad.

 

Ilość porcji:3

Uwagi: ponieważ przygotowałam obiad dla dwóch osób pozostała część cukinii została przeznaczona jako dodatek na kanapkę do pracy. Na zimno i w kanapce też smakowała super:-) 

Tagi: cukinia
09:58, marrrgott , Warzywa
Link
niedziela, 04 sierpnia 2013

Odnoszę wrażenie, że bar mleczny Kaprys jest jakimś wręcz kultowym miejscem. Ile to razy słyszałam od znajomych, że gdy nie mają chęci lub czasu idą tam kupić obiad i zabierają go do domu. Pewnego dnia, ponad rok temu po opowieściach wraz z koleżanką postanowiłyśmy po pracy udać się po obiad na wynos. Spojrzałam na zawieszone nad wejściem menu i zapragnęłam kupić łazanki z kapustą. Ślinka już ciekła mi na samą myśl... Przy kasie, zamawiając obiad dopytałam jednak czy nie zawierają one przypadkiem jakiegokolwiek mięsa. W odpowiedzi usłyszałam, że nie. Za to jest tylko boczek :-( Musiałam zatem obejść się smakiem i na szybko wybrałam "gołe" kopytka, które odsmażyłam sobie w domu. Powiem tak - złe nie były, jednak zupełnie przeciętne i nie warto było dla nich przejechać prawie pół miasta w siarczysty mróz (gdyż był to chyba styczeń).

Ostatnio jednak niedaleko baru Kaprys musiałam załatwić coś z mamą i siostrą. Po załatwieniu wszystkiego rodzinka namówiła mnie na obiad właśnie tam. Trochę się opierałam, gdyż pamiętałam, że ostatnio szału nie było. Jednak po kilku chwilach uległam. Dotarłyśmy szybko na miejsce. Przekraczając próg można natknąć się na taką stojącą tablicę z namową, by w piątek stać się fanem warzyw.

 

Pomyślałam, że super, akurat był piątek, miałam wizję jakichś wspaniałych bakłażanów, cukinii lub kalafiora. Niestety menu piątkowe jakoś nie było warzywne. Były zupełnie standardowe mleczno barowe potrawy. Nauczona doświadczeniem, że gdzieś może czaić się podstępny boczek wybrałam sobie danie na słodko (choć pamiętam, że za czasów mięsnych do szarych klusek z boczkiem też dodawałam cukier). Zamówiłam kopytka z cynamonem i cukrem, a do tego marchewkę z groszkiem, by trochę przełamać słodki smak, którego wielkim fanem nie jestem. Do tego zamówiłam sok pomarańczowy. Mama i siostra zamówiły pierogi ruskie.

Zajęłyśmy miejsca, zaopatrzyłyśmy się w sztućce i czekałyśmy aż wyświetli się nasz numer zamówienia. Chwilkę to trwało, ale nie było aż tak źle. Zabrałam więc swoje kopytka i groszek z marchewką. Siostra odebrała pierogi dla siebie i mamy.

 

Spróbowałam swoje danie. Hmm... Całkiem smaczne. Słodkie, doprawione cynamonem. Delikatne. Porcja duża. Ale nic poza tym. Znów żadnego szału. Może dlatego, że nie przepadam za bardzo za słodkimi obiadami. Spróbowałam marchewki z groszkiem. Dobrze doprawione, przełamywało słodkość kopytek. Jednak mama i tak zawsze kopytka robiła lepiej, a jej groszek z marchewką (a nie marchewka z groszkiem) to mistrzostwo świata i chyba nikt temu nie dorówna.

Jak się okazało - dobrze, że nie zamówiłam pierogów ruskich - nawet bez boczkowej okrasy. W środku też znajdował się niestety boczek. Jeśli chodzi o ceny, to tym razem nie płaciłam, ale kopytka, groszek z marchewką i sok nie kosztowały więcej niż 12-13 zł. Czyli nie dużo i można się najeść.

Powiem tak: nie mam pojęcia dlaczego ludzie tak bardzo wychwalają bar Kaprys. To co miałam okazję spróbować było poprawne, ale jadłam już lepsze tego typu potrawy. Może bardziej specjalizują się w daniach mięsnych i są one smaczniejsze niż te bezmięsne? Nie wiem. Jednak jest to miejsce godne polecenia, gdy chce się coś zjeść w miarę szybko, niedrogo, nawet smacznie i jest się w pobliżu. 

 

10:02, marrrgott , Restauracje
Link
niedziela, 28 lipca 2013

Do tego dania postanowiłam użyć mleko kokosowe, które kiedyś kupiłam i zupełnie nie miałam na niego pomysłu. Okazało się, że takie mleko to fajny pomysł. Postanowiłam kupować je regularnie. Szkoda, że jest tak bardzo drogie:-(

Składniki:

- mały brokuł lub pół dużego

- makaron (ilość na oko dla dwóch osób)

- 5 łyżek oleju

- 3 łyżki mąki

- 3/4 szklanki mleka kokosowego

- 3/4 szklanki wody lub bulionu warzywnego

- 3 łyżki posiekanego koperku

- 3 ząbki czosnku

- dwie łyżki prażonej cebulki (użyłam kupnej)

- ziarna słonecznika - ilość wedle uznania

- przyprawy (sól, pieprz, mielone chilli, curry)

Makaron gotujemy w osolonej wodzie według przepisu na opakowaniu, następnie odcedzamy. Brokuł dzielimy na różyczki i gotujemy w osolonej wodzie aż zmięknie. Odcedzamy na sitku i przekładamy do miski. Dodajemy przyprawy, czosnek. Blendujemy na gładką masę. Następnie dorzucamy prażoną cebulkę, koperek i mieszamy wszystko. Ja dodałam dużo mielonej papryczki chilli, żeby trochę piekło w ustach.

W garnku rozgrzewamy 3 łyżki oleju. Gdy będzie już gorący dodajemy 3 łyżki mąki. Chwilę przesmażamy mieszając i dodajemy mleko kokosowe. Cały czas mieszamy i trzymamy na gazie, by sos zgęstniał. Dorzucamy do garnka masę brokułową, cały czas mieszając. Można zmniejszyć trochę ogień na kuchence, by nic się nie przypaliło. Sos jest bardzo gęsty, dlatego rozrzedzamy go wodą lub bulionem, który wlewamy "na raty", by uzyskać pożądaną konsystencję.

Na patelni rozgrzewamy dwie łyżki oleju. Wrzucamy na niego makaron, można go jeszcze doprawić, gdy jest za mało słony. Oprószamy delikatnie curry. Chochlą dolewamy do niego sos z garnka - tyle ile chcemy - ja dodałam dwie chochle, by sos tylko oblepił makaron. Chwilę podgrzewamy, następnie przekładamy na talerze lub do miseczek. Posypujemy koperkiem i ziarnami słonecznika. Smacznego!

Ilość porcji: choć danie było robione dla dwóch osób, sosu zostało na jeszcze jedną porcję, więc w sumie 3:-) 

sobota, 20 lipca 2013

Chyba dawno nie robiłam czegoś prostszego. Trochę na ziemniaki trzeba poczekać, ale warto. Chyba będę piec takie ziemniaki częściej dodając do nich jakieś inne ciekawe pasty.

Składniki:

- 5 niewielkich ziemniaków

- puszka białej fasoli

- ząbek czosnku

- łyżka posiekanego koperku

- prażona cebulka (ja użyłam gotowej, ale można użyć takiej zwykłej podsmażonej)

- dwie łyżki oliwy 

- przyprawy (sól, pieprz)

Ziemniaki bardzo dokładnie szorujemy pod bieżącą wodą. Zawijamy je pojedynczo w folię aluminiową i wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni Celsjusza. Pieczemy 40 minut.

W międzyczasie przygotowujemy pastę fasolową. Fasolę odcedzamy z zalewy z puszki, płuczemy. Przekładamy do miski i dodajemy ząbek czosnku, oliwę, koperek, sól i pieprz. Wszystko blendujemy. Gdy masa będzie gładka dodajemy prażoną cebulkę i mieszamy ją razem z pastą.

Gdy minie czas pieczenia ziemniaków wyciągamy je, odwijamy z folii i przekładamy na talerz. Nacinamy je dość głęboko wzdłuż, ale nie do końca i delikatnie rozchylamy. Posypujemy solą i pieprzem. Łyżeczką nakładamy pastę w szczeliny ziemniaka. Skrapiamy delikatnie oliwą i wcinamy. 

Smacznego! :-)

 

Ilość porcji:1

Uwagi: do podanej przeze mnie ilości ziemniaków zużyłam około połowy pasty, resztę zamierzam zjeść na kanapce:-)  

niedziela, 14 lipca 2013

Jakiś czas temu, robiąc obiad spostrzegłam, że nie mam do obiadu żadnych surowych warzyw. Szybki przegląd lodówki pozwolił mi stwierdzić, że mogę coś na szybko wykombinować. Uff... Obiad był kompletny...

Składniki:

- papryka żółta oraz czerwona

- dwa pomidory

- dwie cebule dymki

- duży ząbek czosnku

- oliwa

- przyprawy (sól, świeżo mielony kolorowy pieprz, odrobina słodkiej mielonej papryki)


Papryki myjemy, kroimy na połówki i wydrążamy gniazda nasienne. Kroimy je w paseczki, a następnie w kostkę. Pomidory również myjemy i kroimy na ósemki. Wszystko przekładamy do miski. Cebule kroimy w takie cząstki jak lubimy, czosnek siekamy i dokładamy do pozostałych warzyw. Dodajemy przyprawy i zalewamy dwoma łyżkami oliwy.
Wkładamy do lodówki na około godzinkę i podajemy z obiadem:-)


Ilość porcji: 3-4

niedziela, 30 czerwca 2013

Kalafior jest jednym z moich ulubionych warzyw. Uwielbiam jego smak, a nawet zapach, który wydziela się podczas gotowania - dla niektórych jest on nieznośny, dla mnie jest on znakiem, że w kuchni dzieją się smaczne rzeczy. Kalafiora uwielbiam jeść w sposób klasyczny - polany bułką tartą, do tego ziemniaczki, najlepiej młode. Ach, niebo w gębie! Ale ostatnio postanowiłam troszkę go zapiec i podać z makaronem. I też było pysznie:-)

Składniki:

- 1/4 kalafiora, umytego i podzielonego na różyczki

- makaron - ja użyłam spaghetti, ale z pewnością może być inny - w ilości na oko dla dwóch osób

- dwa lub trzy plastry sera

- odrobina oleju

- przyprawy (sól, świeżo mielony kolorowy pieprz, curry, suszony lub świeży koperek, lubczyk, czosnek granulowany, mielone chilli, mielona słodka papryka)

Kalafiora wrzucamy do osolonego wrzątku i gotujemy przez 5 minut. Uważajmy, żeby się nie rozgotował i nie był zbyt miękki. Następnie odcedzamy go. Jednocześnie w osobnym garnku gotujemy makaron według przepisu na opakowaniu. Również odcedzamy. Na sicie dodajemy do niego odrobinę oleju, dodajemy po szczypcie przypraw (z wyjątkiem soli) i mieszamy wszystko dokładnie. Naczynia do zapiekania smarujemy olejem, przekładamy do nich makaron z przyprawami. Ser dzielimy na mniejsze kawałeczki i połowę kładziemy na makaron. Następnie układamy na nim podgotowane różyczki kalafiora. Solimy, posypujemy pieprzem i odrobiną curry. Kładziemy na nim pozostały ser. Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni Celsjusza i zapiekamy kalafior z makaronem przez około 15 minut. Podajemy gorące, np. z sosem czosnkowym.

Ilość porcji: 2 

 

10:39, marrrgott , Makarony
Link
niedziela, 23 czerwca 2013

Miałam ochotę sprawdzić jak smakuje groszek mrożony. Do tej pory w mojej kuchni królował groszek w puszcze. Lubię jego smak, lubię też to, że otwiera się puszkę i już można groszek spożywać. Jednak miałam ochotę zmienić trochę tę groszkową fascynację i spróbować groszku mrożonego, który ma ładniejszy kolor (jak się okazało również ma lepszy smak) od groszku puszkowanego. W tym celu zrobiłam sałatkę.

Składniki:

- 4 średnie ziemniaki (użyłam młodych)

- 2 szklanki mrożonego groszku

- 4 suszone pomidory z olejowej zalewy

- pół obranego i pokrojonego w kosteczkę jabłka 

- 1/3 kostki sera sałatkowego typu feta (pokrojony w kostkę lub pokruszony)

- 2 szklanki bulionu warzywnego

- duża garść rukoli

- dwa listki świeżej bazylii

- łyżka soku z cytryny 

- przeciśnięty przez praskę ząbek czosnku

- 2 łyżki oliwy (zamiast niej można użyć oleju, w którym były suszone pomidory)

- przyprawy (sól, świeżo mielony kolorowy pieprz, odrobinka słodkiej mielonej papryki, odrobinka mielonej papryczki chilli)

Na początek ziemniaki myjemy i dokładnie szorujemy pod bieżącą wodą. Następnie gotujemy je w mundurkach do miękkości. Pozwalamy im ostygnąć. W międzyczasie do innego garnka wlewamy bulion warzywny i dorzucamy dwie szklanki mrożonego groszku. Gotujemy pod przykryciem kilka minut, tak by groszek się nie rozgotował. Najlepiej spróbować czy groszek jest dobry. Odcedzamy go i również strudzimy.

Przygotowujemy miskę, w której będziemy umieszczać składniki sałatki. Ostudzone ziemniaki obieramy z łupin, kroimy na mniejsze kawałki. Przekładamy do miski. Następnie umieszczamy w niej groszek i rukolę. Dodajemy pokrojone jabłko. Suszone pomidory kroimy na mniejsze kawałki i dodajemy do pozostałych składników. Liście bazylii rwiemy na mniejsze cząstki i dodajemy tam, gdzie wylądowały suszone pomidory. Dodajemy też przeciśnięty przez praskę czosnek i pokrojony w kostkę ser sałatkowy. Dodajemy oliwę, sok z cytryny i przyprawy. Mieszamy i wkładamy do lodówki na minimum godzinkę, by smaki i aromaty przeniknęły się. Oczywiście można dodać więcej czosnku, jeśli komuś mało;-) Sałatkę można jeść z chlebem lub jako dodatek do obiadu.

 

Liczba porcji: 3-4 

niedziela, 16 czerwca 2013

Dziś sobie pooceniam, a co! Tym razem nie restaurację, nie kawiarnię ani też żadne miejsce. Tym razem opowiem o moich wrażeniach związanych z pewnym dostępnym w sklepach produktem, do którego przymierzałam się sporo czasu.

Kusiło mnie i kusiło, ale nie wiedziałam, że warto jest wydawać około 15 złotych na sznycle wegetariańskie z Polsoi czy też nie. Zwłaszcza, że pamiętam wielką smakową porażkę parówek sojowych wędzonych właśnie z tej firmy. Nie byłam w stanie ich jeść i nawet dodatek musztardy i keczupu nie spowodował, że smakowały one lepiej. Niestety, wylądowały one w koszu na śmieci, choć serce mnie bolało, gdyż nie lubię wyrzucać jedzenia, na a poza tym tanie nie były. Trochę lepiej jest z pasztetami tej firmy, choć i tak wybieram je w sklepie, tylko wtedy gdy nie ma moich ulubionych pasztetów sojowych Sante.

Sznycle jednak uśmiechały się do mnie zawsze podczas wizyty w dziale mrożonek marketu. Na opakowaniu wyglądają pięknie, w towarzystwie pomidorów i sałaty. W końcu się przełamałam - nie można się zniechęcać tylko dlatego, że inne produkty firmy Polsoja okazały się dla mnie niesmaczne lub są po prostu średniawe.

Po powrocie do domu odłożyłam je do zamrażarki, bym mogła dojrzeć do ich spożycia (w głowie znów słyszałam głosy - to będzie niesmaczne, po co kupiłaś to coś?;-) Pewnego dnia jednak nie miałam za bardzo z czego zrobić obiad, zamrożone wcześniej różnego rodzaju kotlety fasolowe skończyły się, więc przyszedł czas, by podjąć wyzwanie. Ugotowałam ryż, zrobiłam do niego duszoną cebulkę i zgodnie z zaleceniem producenta piekłam sznycle w piekarniku, w temperaturze 180 stopni Celsjusza przez 15 minut.

Po wyjęciu produktu na talerz nie mogłam wyjść z podziwu jakim cudem udało się producentowi osiągnąć taki fajny kształt. Ponadto panierka była złota, nie odpadała. Sznycle były zwarte i całkiem przyjemnie pachniały. Po pierwszym kęsie nie wiedziałam co powiedzieć - miałam wrażenie, że wcinam właśnie kurczaka lub rybę (nie pamiętam już jak smakuje jedno i drugie, ale tak mi się kojarzy), zresztą mój wszystkożerny P. też się trochę zdziwił  i stwierdził że ten produkt robiony jest trochę smakowo pod mięso. No cóż, jem dalej - trochę ryżu, trochę cebulki i znów sznycel - kolejny kęs był już lepszy, po prostu wiedziałam czego się spodziewać. Ostatecznie okazało się, że sznycel był dla mnie bardzo smaczny, choć mało wyrazisty. P. również przychylił się do mojej opinii i kilka dni później znów chętnie sięgnęłam do zamrażarki, by zrobić dla nas szybki obiad. Tym razem podczas pieczenia posypałam produkt przyprawami - czosnkiem granulowanym, pieprzem cayenne i czarnym pieprzem, by trochę wzbogacić mało konkretny smak.

Masa netto sznycli to 460g, w opakowaniu znajdziemy 4 duże "kotlety". Koszt produktu to około 15 zł, przynajmniej w moim sklepie. Według informacji podanej na opakowaniu jedna porcja dostarcza 281 kcal, w tym 16,6g tłuszczu. Chyba powinnam się tym przejmować, że to kaloryczne czy coś, ale od dawna wiem, że bez radykalnego ograniczenia kalorii i ruchu nie schudnę więc trochę to olałam, na odchudzanie przyjdzie jeszcze czas;-) Jednak informacja ta może być pomocna dla osób, które czytają ten wpis. Produkt jest w 100% roślinny, czyli odpowiedni dla wegan. Nie jest za to odpowiedni dla osób na diecie bezglutenowej, gdyż właśnie gluten zawiera.

Moim zdaniem sznycle wegetariańskie firmy Polsoja są smaczne i jest to fajny pomysł na obiad, zwłaszcza gdy nie ma się siły na gotowanie lub po prostu brak weny. Ja polecam i wiem, że znów kupię ten produkt.

 

 

niedziela, 09 czerwca 2013

Nieczęsto piekę słodkości, ale gdy poznałam ten przepis na bydgoskim "Łatwym wege gotowaniu" wiedziałam, że muszę spróbować zrobić te ciasteczka. Przede wszystkim dlatego, że bardzo lubię kokos, no i przepis nie wydawał mi się zbyt skomplikowany. Z przepisu powstanie około 18-19 ciasteczek. Poniżej podaję składniki. Ponieważ nie mam wagi kuchennej w nawiasie podaję proporcje, których ja użyłam "na oko", to co przed nawiasem to przepis oryginalny, który dostałam na spotkaniu. 

Składniki:

- 85g płatków owsianych, górskich (niecała szklanka)

- 85g wiórków kokosowych (niecała szklanka)

- 100g mąki (3/4 szklanki)

- 70g cukru pudru ( ¾ szklanki)

- 100g rozpuszczonego masła (pół kostki)

- 1 łyżka golden syropu (lub syropu z 3 daktyli)

- 1 płaska łyżeczka sody oczyszczonej + wrząca woda

Płatki owsiane, wiórki kokosowe, mąkę oraz cukier puder wsypujemy do miski i mieszamy. Trzy daktyle zalewamy wrzątkiem w miseczce i rozdrabniamy je widelcem, by uzyskać taką brudną daktylkową wodą - to będzie nasz syrop.

Masło rozpuszczamy na małym ogniu, gdy się rozpuści wyłączamy gaz i dodajemy syropu z daktyli lub innego.

Łyżeczkę sody wsypujemy do niewielkiego naczynia i rozpuszczamy w ok. łyżce wrzącej wody. Następnie dodajemy wodę sodową do masła i mieszamy.

Masło z sodą i syropem przelewamy do sypkich składników w misce, mieszamy wszystko łyżką. Masa nie będzie idealnie gładka.

Piekarnik rozgrzewamy do temperatury 180 stopni Celsjusza.

Na blaszkę wykładamy papier do pieczenia.

Z przygotowanej ciastkowej masy lepimy rękoma niewielkie kuleczki (takie na około1,5-2 cm średnicy). Układamy je na blaszce w dość dużych odstępach (ciastka się bardzo rozpłaszczą).

W przepisie, który dostałam było podane, że piecze się ciastka przez około 8-10 minut, ale ja musiałam piec przez około 20 minut. Niestety trzeba ich doglądać i skończyć pieczenie gdy będą złote. Po wyciągnięciu blachy z piekarnika ciastek nie ruszamy. Muszą sobie jeszcze (najlepiej) kilkanaście minut poleżakować, gdyż są bardzo kruche i zaraz po upieczeniu mogą się rozpaść. Trzeba dać im czas na dojście do siebie;-)

 



 

niedziela, 02 czerwca 2013

Jakiś czas temu w niedzielę, w porze obiadowej znów zostałam sama w domu. Korzystając z samotności, postanowiłam przyrządzić sobie na obiad ryż z soczewicą. Składniki te czekały w domu na swoją kolej, aż w końcu doczekały się. Przygotowałam je tylko dla siebie - P. za ryżem nie przepada, o soczewicy nie wspomnę... No, ale tak już jest, że człowiek czasem nie przepada za pewnym składnikiem czy potrawą. Ja na przykład nie przepadam za szpinakiem.

Składniki:

- woreczek białego ryżu

- puszka soczewicy

- umyta cukinia

- cztery suszone pomidory + kilka łyżek oleju, w którym były przechowywane

- dwa ząbki czosnku

- przyprawy (sól, świeżo mielony kolorowy pieprz, szczypta curry, pół łyżeczki mielonej papryki chilli, szczypta słodkiej, mielonej papryki)

Ryż gotujemy według przepisu na opakowaniu w osolonej wodzie, następnie odcedzamy. Na innym sitku odsączmy soczewicę. Ząbki czosnku obieramy i siekamy. Cukinię dokładnie myjemy, przecinamy wzdłuż, by otrzymać dwie połówki i kroimy je w półplasterki.  Na patelni rozgrzewamy olej z pomidorów i wrzucamy posiekany czosnek, a po chwili cukinię. Wszystko solimy i czekamy aż cukinia zmięknie. W międzyczasie kroimy w paseczki suszone pomidory i dorzucamy na patelnię do czosnku i cukinii. Wszystko chwilę mieszamy, by się nie przypaliło i dokładamy ugotowany wcześniej ryż oraz soczewicę, mieszając wszystko delikatnie. Teraz można wrzucić przyprawy. Przede wszystkim sprawdzamy stan słoności naszej potrawy - jeśli soli jest za mało to oczywiście dodajemy sól. Dodajemy też świeżo mielony kolorowy pieprz, odrobinę curry oraz pół łyżeczki mielonej papryki chilli - ja miałam ochotę na ostrą potrawę, ale można jej dodać trochę mniej. Dodajemy też odrobinę słodkiej papryki. Wszystko razem mieszamy, by przyprawy oblepiły każde ziarenko ryżu. Podajemy na ciepło, choć na zimno też jest smaczne - jakiś czas po obiedzie powyjadałam trochę następnej porcji;-)

 

Ilość porcji: 2 

 

niedziela, 26 maja 2013

Szybkie dania ratują mnie, gdy przychodzę głodna z pracy. Ostatnio znów tak było. Zrobiłam szybki przegląd w lodówce, chwila gotowania i głód zaspokojony:-)

Składniki:

- makaron spaghetti (ilość jak dla jednej osoby)

- 4 suszone pomidory w oleju

- około 7-8 sztuk zielonych oliwek

- pół kulki mozzarelli, która została pokrojona w kostkę

- olej, w którym przechowywane były pomidory

- przyprawy (sól, świeżo mielony kolorowy pieprz, czosnek granulowany)

Makaron gotujemy w osolonej wodzie według przepisu na opakowaniu, następnie odcedzamy. Pomidory suszone kroimy na mniejsze kawałki. Na patelni rozgrzewamy trochę oleju z pomidorów, następnie wrzucamy na niego pokrojone wcześniej pomidory, by podgrzały się. Dodajemy na patelnię ugotowany makaron, mieszamy z pomidorami. Po chwili dokładamy zielone oliwki. Doprawiamy. Wyłączamy gaz spod patelni i wrzucamy do makaronu połowę mozzarelli i znów mieszamy. Danie wykładamy na talerz i posypujemy pozostałym serem. Smacznego!

Ilość porcji: 1 

niedziela, 19 maja 2013

 

Zostało mi trochę sałatki warzywnej. Nie miałam ochoty wyłożyć jej tak po prostu na talerz i zjeść. Pomyślałam więc o lekkim urozmaiceniu podania. W związku z tym postanowiłam zawinąć ją w plastry sera.

Składniki:

- 3 duże plastry sera

- 3-4 kopiaste łyżki najzwyklejszej sałatki warzywnej świata (lub innej ulubionej)

- 2-3 pomidorki koktajlowe

- garść rukoli

- przyprawy (sól, świeżo mielony kolorowy pieprz)

Plastry sera rozkładamy na czystej desce do krojenie lub innej czystej powierzchni. Na brzeg krótszego boku plastra nakładamy sałatkę. Zawijamy ser z sałatką tworząc coś w rodzaju rulonu. Na talerz kładziemy garść rukoli, na niej kładziemy ser z sałatką. Pomidorki przecinamy na pół i układamy pomiędzy rulonikami z sera. Doprawiamy wszystko solą i pieprzem. Smacznego!

 

Ilość porcji: 1 

niedziela, 12 maja 2013

Lubię kotlety, zwłaszcza z fasoli. Tym razem dodałam do niej groszek konserwowy. Następnym razem dodam chyba groszek mrożony, pewnie kotlety będą miały ładniejszy kolor. Ale te i tak mi smakowały.

Składniki:

- puszka białej fasoli

- puszka groszku

- dwa ząbki czosnku

- dwie kromki namoczonego w wodzie chleba

- jajko

- bułka tarta i mąka

- olej do smażenia

- przyprawy (sól, pieprz, tymianek, odrobina curry)

Fasolę i groszek odsączamy na sicie, płuczemy i wsypujemy do miski. Odciskamy z wody wcześniej namoczony chleb i dokładamy do strączków. Czosnek obieramy i również do nich dorzucamy. Dodajemy przyprawy, wbijamy jajko i miksujemy blenderem na jednolitą masę. Następnie dodajemy około 5 łyżek bułki tartej - tak, by powstała masa była plastyczna. Na talerz wysypujemy trochę mąki oraz bułki tartej. Ręką formujemy średnie kulki z masy fasolowo-groszkowej i delikatnie spłaszczamy. Obtaczamy każdego kotleta w mieszance mąki i bułki. Na patelni rozgrzewamy olej (gdy olej się rozgrzewał porobiłam na kotlecikach wzorki) i smażymy z obu stron na złoto. Do tego ziemniaczki, surówka i obiad gotowy.

Ilość kotletów: około 10 sztuk. 

09:31, marrrgott , Kotlety
Link
środa, 08 maja 2013

Dziś publikuję pomysł na surówkę do obiadu. Prostą i smaczną.

Składniki:

- jeden duży por (ja kupiłam taki, który był bez zielonych końcówek)

- dwie małe marchewki

- wrząca woda

- łyżeczka majonezu

- łyżka śmietany 12%

- przyprawy (sól, pieprz kolorowy)

Pora obieramy z wierzchniej warstwy i dokładnie myjemy. Marchewki także obieramy, myjemy i ścieramy na tarce o dużych oczkach. Umieszczamy ją w misce. Pora kroimy w krążki, przekładamy na sito i przelewamy wrzącą wodą. Odcedzamy, chwilkę studzimy i przekładamy do marchewki. Dodajemy przyprawy, łyżeczkę majonezu i łyżkę śmietany, mieszamy. Wkładamy do lodówki, by surówka się przegryzła. Podajemy do ziemniaczków lub do czegokolwiek innego co akurat mamy na obiad.

Ilość porcji:2-3 

 

19:19, marrrgott , Dodatki
Link
niedziela, 05 maja 2013

Długo, bardzo długo szukałam sposobu na idealne pierogi. Tak dokładnie to mam na myśli ciasto, gdyż farsz może być dowolny, zrobiony według własnego uznania. Dużym problemem było dla mnie to, że dotychczas pierogi, które robiłam były ładne po ulepieniu, ale podczas gotowania jakoś tak dziwnie puchły, po czym na talerzu robił się z nich taki trochę flaczek. Wszystko w smaku było fajne, ale jednak wkurzałam się mocno widząc na talerzu platfuski. Kombinowałam, czytałam, aż w końcu postanowiłam spróbować zrobić ciasto z gorącą wodą. Myślałam sobie tak - skoro gorąca woda sparzy mąkę na etapie wyrobu ciasta, to może będzie ona mniej podatna na odkształcanie się podczas gotowania? Postanowiłam również zrezygnować z jajka do wyrobu cista. Bałam się trochę, miałam obawę, że wszystko podczas gotowania mi się rozklei. Nic z tych rzeczy. Podczas gotowania nic mi się nie rozpadło, dodatkowo pierogi nie zrobiły się sflaczałe i były takie jakie przygotowałam "na sucho". Jestem z siebie zadowolona.

Składniki:

- 1,5 szklanki mąki pszennej + mąka do posypywania

-3/4 szklanki gorącej wody

- 8 dużych pieczarek

- 4 łyżki soczewicy (ugotowanej lub z puszki)

- pół dużej cebuli

- ząbek czosnku

- olej do smażenia

- przyprawy (sól, pieprz, tymianek)

Do miski przesiewamy mąkę. Solimy ją. Dodajemy powoli gorącą wodę i wyrabiamy ciasto, ja robiłam to mikserem, by się nie poparzyć. Zrobią się wtedy takie grudki mąki i wody. Gdy troszkę przestygną do akcji może wkroczyć ręka, którą zlepiamy grudki w jedną całość i formujemy kulkę. Kulka ta klei się trochę, więc zanurzamy rękę w mące i dalej wyrabiamy ciasto. Czynność powtarzamy aż kulka przestanie się kleić. Ostawiamy ciasto na chwilę, przykrywając miskę ściereczką i zabieramy się za farsz.

Cebulę i czosnek kroimy. Pieczarkom odcinamy nóżki i myjemy. Na patelni rozgrzewamy olej i wrzucamy pokrojoną cebulę i czosnek. Smażymy minutkę, po czym wprost na patelnię wkrajamy pieczarki, co chwilę mieszając, by się nie przypaliły. Dodajemy sól, pieprz, tymianek. Dodajemy do nich trochę wody, by wszystko ładnie zmiękło. Gdy woda wyparuje dodajemy soczewicę, by się lekko przygrzała i połączyła z przyprawami. Gaz pod patelnią wyłączmy i po chwili miksujemy wszystko blenderem (można trochę pieczarek wcześniej odłożyć do okraszenia pierogów).

Ciasto, które sobie odpoczywało przekładamy na stolnicę wysypaną mąką. Rozwałkowujemy naszą kulkę na placek o grubości około 2 mm. Szklanką lub innym przyrządem wykrawamy kółka. Na każde kółko kładziemy farsz i zlepiamy starannie brzegi. Ulepione pierogi odkładamy na papier do pieczenia, wtedy nie przylgną do podłoża, na którym je zostawiamy.

W garnku gotujemy dużo wody, solimy ją i dodajemy kapkę oleju. Gdy zacznie wrzeć wrzucamy niej partiami pierogi i gotujemy około trzech minut od momentu wypłynięcia. Wyciągamy je łyżką cedzakową i odkładany na papier do pieczenia, z którego korzystaliśmy wcześniej.

Na patelni rozgrzewamy olej i smażymy na nim  wcześniej ugotowane pierogi tak, by osiągnęły stopień złocistości jaki nam odpowiada. Podajemy ciepłe, choć myślę, że zimne też byłyby smaczne.

Ilość porcji: ja zrobiłam 14 pierogów, w sam raz dla dwóch osób, ale wyjdzie trochę wjęcej - z reszty postanowiłam zrobić makaron. 

 

niedziela, 28 kwietnia 2013

Uwielbiam coś takiego - jeden składnik, przyprawy... Proste i smaczne.

Składniki:

- 5 średnich ziemniaków ugotowanych w mundurkach

- olej lub oliwa do smażenia

- przyprawy (sól, kolorowy pieprz, tymianek, czosnek granulowany, natka pietruszki do posypania)

Ziemniaki kroimy na plastry. Rozgrzewamy na patelni olej i wrzucamy ziemniaki. Smażymy tak długo jak chcemy, obsypując je przyprawami, by osiągnęły pożądany przez nas kolor. Ja miałam ochotę na delikatnie przysmażone. Przekładamy na talerz i jemy.

Zjadłam wszystko na ciepło i było pyszne, ale na zimno chyba też dałyby radę;-) Lubię takie ziemniaczki jeść ze skórką, ale myślę, że danie będzie nadal smaczne, gdy skórkę z ziemniaków się usunie.

 

Ilość porcji: jedna duża lub dwie małe 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Tagi
Image and video hosting by TinyPic Durszlak.pl Vegespot.pl - Przepisy wegetariańskie
Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów Top Blogi Odszukaj.com - przepisy kulinarne
zBLOGowani.pl
Instagram