Przepisy wegańskie i wegetariańskie oraz opinie o restauracjach, kawiarniach i innych miejscach.
niedziela, 28 października 2012

Wstyd się przyznać, ale jeszcze niegdy nie byłam w bydgoskim Manekinie. Wiele razy miałam na to ochotę, ponieważ słyszałam bardzo pochlebne opinie na temat tej restauracji, jednak nigdy nie udawało mi się tam trafić. Także po nieudanej wizycie w restauracji Katarynka L. zaproponowała wizytę w Manekinie, podając tę restaurację jako przykład miejsca gdzie można smacznie zjeść. Nie ukrywam, że bardzo oczekiwałam kolejnego spotkania z prostego powodu – mogłam się spotkać z bliską mi osobą oraz zjeść coś zmacznego w jej towarzystwie. W końcu stało się to, na co czekałam. Spotkałyśmy się :-)

Weszłyśmy do lokalu, który mieści się przy ulicy Focha 14, a tam... wszystkie stoliki zajęte (czytałam nie raz, że jest tam problem ze znalezieniem miejsca, ale nie sądziłam, że spotka to akurat mnie;-). Całe szczęście, nie czekałyśmy zbyt długo. Stolik niedaleko drzwi był właśnie opuszczany przez pewną panią, która upolowała lepsze miejsce. Zasiadłyśmy więc wygodnie i oczekiwałyśmy na kartę. Trochę to trwało, zanim obsługa się nami zainteresowała, ale nie dziwi mnie to – w restauracji było PEŁNO ludzi, więc panie kelnerki miały bardzo dużo klientów do obsłużenia. W końcu doczekałyśmy się i podano nam menu. Duże i trochę nieporęczne, w formie zalaminowanej wielkiej ulotki. Przyznam, że miałam problem z wyborem naleśnika, gdyż do wyboru są naleśniki chyba ze wszystkim. L. nie miała problemu z wyborem dania, ponieważ, jak powiedziała, zamawia prawie zawsze to samo, czyli naleśnik zapiekany w sosie śmietankowym z ryżem, malinami i płatkami migdałowymi. Jeśli chodzi o mnie (nie przepadam za słodkimi obiadami) zdecydowałam się w końcu na naleśnika Primavera z sałatą lodową, pomidorami, oliwkami i mozzarellą. W oryginalej wersji potrawa ta podawana jest z dodatkiem salami, ale z oczywistych względów zrezygnowałam z tego składnika. Dodatkowo wybrałam sos czonkowy (kocham czosnek!) Zamówiłyśmy również kawę, zwykłą czarną.

Oczekiwanie na potrawy przedłużało się w nieskończoność. No, ale muszę usprawiedliwić obsługę – jak napisałam wcześniej klientów było mnóstwo. W międzyczasie szukałyśmy wzrokiem innego miejsca, gdzie możnaby się przenieść, ponieważ trochę wiało od strony drzwi. Ciężko było coś znaleźć, gdyż zawsze ktoś nas ubiegał. Wreszcie zwolnił się stolik w dość atrakcyjnym miejscu, przy dużym oknie. Szybko więc przeniosłyśmy swoje rzeczy i dalej oczekiwałyśmy na posiłek (mi już kiszki marsza grały...) Po ok. 35 minutach doczekałyśmy się. Zostały podane nasze naleśniki.

Danie L. wyglądało super. Wierzch naleśnika przyrumieniony (choć podobno bardziej niż zwykle), porcja duża, podana w kamionkowej foremce na drewnianej desce. Według mnie bardzo ładne.

 

Przyznam, że sama nabrałam ochotę na coś takiego. Jednak mój naleśnik nie pozostał gorszy. Spojrzałam na niego i już wiedziałam, że jest dobrze. Duża porcja, ładnie podana. Zaskoczyło mnie to, że sos, który zamówiłam jest podany w naczyniu osobno, czyli mogłam go dawkować jak tylko mi się chciało.

 

 A oto kawa, którą otrzymałyśmy:

 

Jak widać, filiżanka nie była wypełniona po brzegi. Szkoda, gdyż była bardzo smaczna.

Teraz coś o smaków potraw (w zasadzie do smaku mojego naleśnika, gdyż danie L. było przeze mnie nienaruszone). Przyznam szczerze – warto było tu przyjść. Naleśnik był dobrze doprawiony, sprężysty i delikaty zarazem, połączenie mozzarelli z czarnymi oliwkami i pomidorami było bardzo udane. Nic nie musiałam doprawiać (zresztą nie miałabym czym, gdyż na stolikach nie było pieprzu i soli;-), wszystkie smaki trafnie połączone. Sałata lodowa, którą uwielbiam, nadała potrawie chrupkości. Jeśli chodzi o sos czosnkowy – ostry, wyrazisty, pyszny i, nie umniejszając smaku naleśnika, najlepszy z całego dania. L. również chwaliła swoje danie, narobiła mi tym "smaka". Możliwe, że następnym razem zamówię właśnie to co ona.

Jeśli chodzi o wystrój lokalu to jest on dość mroczny, na ścianie ciemne malowidła, w tym mocno przerażający kozioł w muszce. Podobno Manekin jakiś czas temu przeszedł remont. Zdaniem L. wcześniej było tam ładniej. Mnie ten wystrój nie zachwycił, ale też nie zniechęcił do Manekina.

Przejdźmy może do cen. Rachunek mnie zszokował. Nie spodziwałam się, że za dwie duże porcje smacznego jedzenia i dwie kawy zapłacę... 35 złotych. Według mnie to bardzo, ale to bardzo mało. Pewnie dlatego stołuje się tam tylu klientów. Ceny niskie, smaczne jedzenie. Pomimo problemów ze stolikami i długim oczekiwaniem na posiłek – na pewno tam wrócę. 

 

 

 

 

Strona Manekina

Tagi: naleśnik
11:21, marrrgott , Restauracje
Link
środa, 24 października 2012

Taka cebula kojarzy mi się z niedzielnymi porankami, kiedy tata przygotowywał śniadanko. Zawsze była to jajecznica lub duszona cebula. Taki niedzielny rytuał. Tata zawsze jednak dodawał do cebuli kiełbasę lub inne mięso. Z uwagi na moją bezmięsną dietę prezentuję duszoną cebulę bez składników pochodzenia zwierzęcego. Dodatkowo, ta potrawa jest dość tania, w sam raz na cięższe dni przed wypłatą;-)

Składniki:

- 6 dużych cebul

- 3/4 słoiczka koncentratu pomidorowego

- olej 

- szklanka zimnej wody 

- przyprawy ( 2 łyżeczki cukru, sól, chili mielone, zioła prowansalskie, czosnek granulowany, curry)

Cebule obieramy,  kroimy w plastry. Na patelni rozgrzewamy olej, wrzucamy cebule, oprószamy solą i dwiema łyżeczkami cukru i smażymy na małym ogniu ok. 5 minut stale mieszając. Następnie dokładamy koncentrat pomidorowy i zalewamy szklanką zimnej wody. Dodajemy przyprawy i dusimy pod przykryciem do miękkości, ok. 15 minut, po czym ściągamy pokrywkę z patelni i redukujemy płyn, tak by powstał gęsty sos pomidorowy.

Podajemy z chlebem. 

 

 

 

 

 

 

niedziela, 21 października 2012

Zostałam zaproszona na rozmowę o "interesach". Miejscem, w którym odbyło się spotkanie była kawiarnia Żyraffa Cafe, na bydgoskich Wyżynach. Osiedlowe lokale kojarzą mi się głównie z nieprzyjemnymi miejscami, gdzie panowie piją piwo lub inne trunki. Spotkało mnie miłe zaskoczenie – kolorowe miejsce w samym środku szarego osiedla.

Wchodząc do Żyraffa Cafe zauważyłam, że jest w niej bardzo dużo ludzi, aż się zmartwiłam, że nie będzie gdzie usiąść. Jednak miejsce się znalazło. Usiedliśmy przy wysokim stole, przy dużej głównej witrynie. Powiem szczerze, że niezbyt lubię siedzieć na wysokich krzesłach, jednak tym razem było bardzo wygodnie, nie miałam poczucia, że zaraz spadnę na podłogę;-)

Kawiarnia jest prawie samoobsługowa, to znaczy, że nie obsługuje nas kelner lub kelnerka. W związku z tym udałam się do baru, poprosić o kawę. Nie wiedziałam na którą się zdecydować,  w końcu postanowiłam napić się latte. Po chwili mogłam odebrać swoją kawę. Fajnym pomysłem jest to, że przy barze stoją posypki do kawy – cynamon i czekolada. Oczywiście posypałam sobie kawę odrobinką czekolady. Trochę słodyczy nie zaszkodzi;-)

 

Zamawiając swój napój poczułam w nozdrzach miły zapach jedzenia. Zastanawiałam się trochę, czy zjeść coś czy nie (byłam po pracy i miałam w perspektywie obiad w domu), ale nie byłabym sobą gdybym czegoś nie skosztowała. W związku z tym po chwili namysłu i kilku łykach smacznej kawy (z dużą pianką),  postanowiłam zamówić wrapa z warzywami. Do wyboru miałam inne ciepłe przekąski – zupy, tosty, zapiekanki. Zimne – sałatki, kanapki. Wybór spory, ale jednak ten wrap najbardziej siedział mi w głowie. Po kilku chwilach odebrałam swoją przekąskę.

Wrap był ciepły i chrupiący (pierwszy raz takiego jadłam), nafaszerowany czerwoną papryką, pomidorami, ogórkiem kiszonym, kukurydzą i fetą. Wszystko konkretnie przyprawione. Nie było za to sosu. Sos, który jest dla mnie bardzo ważny w tego typu przekąskach okazał się być zbędny. Podczas podgrzewania warzywa puściły sok, który fajnie połączył się z ciepłą fetą i nawilżył wnętrze wrapa. Takie danie jest miłym początkiem do dalszego próbowania smakołyków. A jest ich trochę – owocowe koktaile, domowe ciasta, lody gałkowe Carte O'dor i wiele innych smacznie wyglądających produktów.

 

 

 

 

Zwróciłam uwagę, że kawiarnia Żyraffa Cafe jest miejscem przyjaznym dzieciom i ich mamom. Z tyłu sali znajduje się kącik dla dzieci, wraz z kojcem, dla tych najmłodszych. Niedaleko znajduje się także plac zabaw, gdzie rodzina może się udać, by dziecko trochę poprzebywało się na swieżym powietrzu.

 

Żyraffa Cafe jest czynna w dni powszednie od 10-18, a w weekendy od 11 do 18. Według mnie, to dość krótko, fajnie byłoby udać się tam w nadchodzący zimowy wieczór. Jednak dowiedziałam się, że można wynająć lokal poza godzinami otwarcia, gdyż jest możliość zorganizowania tam różnych imprez okolicznościowych (chrzciny, szkolenia, wieczony panieńskie, firmowe imprezy).

Jeśli chodzi o sprawę ważną, czyli ceny, to są one absolutnie na każdą kieszeń. Za kawę zapłaciłam 6,50 zł, za danie, które zamówiłam 7,50 zł. Najadłam się, napiłam i gra muzyka;-) Fajne miejsce na spotkanie przy smacznej kawie i przekąsce. Nie jest tam sztywno, można poczuć się swobodnie. Miejsce radosne, dzięki schludnemu, kolorowemu wystrojowi. Miło jest tam usiąść, zjeść, napić się kawy po ciężkim dniu pracy.

  

 

 

  

 

 

 

Żyraffa Cafe 

09:25, marrrgott , Kawiarnie
Link
czwartek, 18 października 2012

Wracając z pracy weszłam do sklepu. W zasadzie nie wiedziałam co i czy w ogóle chcę coś kupić. Jednak, jak to w życiu bywa, coś mi wpadło w oko. Był to ser camembert. Nie miałam ochoty zjeść go w sposób zwykły, tak po prostu na chlebie. Szukałam w głowie pomysłu i przypomniało mi się, że jakiś czas temu, w Kuchennych Rewolucjach taki ser był zapiekany. Pomyślałam, że to fajny pomysł, zwłaszcza, że jeszcze czegoś takiego nie robiłam. Pomyślałam, że kupię też jakieś warzywa i konfiturę. Chciałam kupić konfiturę żurawinową, ale nie było, więc zadowoliłam się jagodową. Przyszłam do domu i zaczęłam gotować.

Składniki:

- 2 krążki sera camembert  

- pół główki sałaty lodowej

- kilka pomidorków cherry

- konfitura jagodowa

- oliwa z oliwek

- przyprawy (sól, mielone chili, czosnek granulowany)

Połówkę sałaty siekamy, przekładamy do miski. Skrapiamy oliwą z oliwek, dodajemy przyprawy. Mieszamy i odstawiamy na chwilę do lodówki. Pomidory myjemy, kroimy w mniejsze cząski. Ser kroimy wzdłuż, by powstały dwie połówki. Nagrzewamy piekarnik do 200 stopni Celcjusza. Na blachę wykładamy papier do pieczenia, a na niego ser, który posypujemy przyprawami.  Zapiekamy go w piekarniku przez 15 minut (ale fajne robią się wtedy bąbelki od gorąca:-).

Na talerz kładziemy sałatę, na sałacie układamy ser, a na serze po łyżeczce konfitury. Przyozdabiamy pomidorami. Smacznego! 

 

 

niedziela, 14 października 2012

Po przygotowaniu najzwyklejszej sałatki warzywnej świata  zostało mi pół puszki kukurydzy, z którą nie wiedziałam co zrobić. Nie lubię wyrzucać jedzenia, więc postanowiłam zmiksować ją z innymi, znalezionymi w lodówce produktami. W ten sposób powstał ciekawy w smaku, ostry dip do chipsów.

Składniki:

- pół puszki kukurydzy

- 1/3 kostki serka topionego

- 2 łyżeczki majonezu

- obrany ząbek czosnku

- przyprawy (sól, pieprz, mielone chili)

 

Do miseczki wrzucamy wszystkie powyższe składniki. Miksujemy blenderem na jednolitą masę. Zjadamy, maczając w dipie chipsy lub inne przekąski.

 

 

21:28, marrrgott , Inne
Link
środa, 10 października 2012

Już od dawna w biurze kiełkował pomysł, by pójść gdzieś na spotkanie. Miałyśmy ochotę się odstresować, napić drinka, poplotkować w innej atmosferze niż wśród dzwoniących telefonów, dźwięków drukarki. Gdy udało nam się zgrać jeden termin, przyszedł czas wyboru miejsca. Padło na restaurację Sowa, w samym centrum miasta. 

Jakiś czas temu byłam w siostrzanym lokalu Cafe Sowa, byłam zadowolona z tej wizyty, więc ucieszyłam się, że idziemy praktycznie w to samo miejce. 

Do restauracji weszłyśmy o godz. 19:00 (byłyśmy wszystkie niezwykle punktualne!) i podeszłyśmy do zarezerwowanego dla nas stolika. W środku restauracji - pełno ludzi, ale nie przeszkadzało mi to. Był gwar, ludzie rozmawiali, delektowali się kawą, deserami, pizzą i innymi daniami. Nie wiem dlaczego, ale poczułam, że moja Bydgoszcz nie umiera, że nie jest to smutne miasto, tak jak niektórzy sądzą. 

Otrzymałyśmy menu, w karcie dań było od groma.

 

I na co tu się zdecydować? Miałam ochotę coś przekąsić, jednak większość dziewczyn była już po posiłkach i nie za bardzo miały na to ochotę. Na pierwszy ogień poszły więc drinki. Koleżanki zastanawiały się nad Blue Lagoon (skład: Maximus, Dekuyper blue curacao, Sprite, sok z limonki), poleciłam im tego drinka, zwłaszcza dlatego, że podczas mojej ostatniej wizyty był bardzo ładnie podany. Ja zamówiłam drinka Tequila Sunrise (El Jimador, sok pomarańczowy, syrop grenadyna). Po chwili miałyśmy na stole nasze alkoholwe napoje.

Tequila Sunrise:

Blue Lagoon, podany znacznie gorzej, w porównaniu z moją ostatnią wizytą:

 

Powiem szczerze, że mój drink nie był zachwycający, pewnie to rzecz gustu, ale i tak wypiłam go do dna;-)

O.C. jako prowadząca auto wzięła zamiast drinka kawę i jabłecznik na ciepło (dzięki Ci, że też miałaś ochotę coś zjeść!). Po przejrzeniu menu nie za bardzo wiedziałam na co się zdecydować, więc zapytałam pana kelnera co może mi polecić z dań bezmięsnych. Pan powiedział, że sałatkę grecką. No nie..Taką sałatkę można zjeść prawie wszędzie, a ja miałam ochotę na jakiś nowy smak. Zapytałam więc czy może mają coś na ciepło. Pan, po małej chwili namysłu, polecił mi kozi ser na sałatce, i zerknął w kartę by zaproponować mi makaron z pietruszką ,czosnkiem, papryką i oliwą. Ten makaron w zasadzie mi się spodobał, więc powiedziałam, że to przemyślę i dam mu znać później.

Po chwili został podany deser dla O.C. Wyglądał bajecznie, smakowicie, cudownie.

O.C. powiedziała, że jabłecznik był gorący, smaczny. Pewnie sama bym się skusiła na coś takiego, ale nie miałam ochoty na słodkości.

Po wypiciu drinków pan kelner podszedł do nas, zapytać czy czegoś nam może trzeba. Ponieważ mój drink nie był dla mnie rewelacyjny zamówiłam po prostu wódkę z sokiem pomarańczowym (to było zdecydowanie lepsze). Intrygował mnie jednak niesamowicie ten kozi ser. Chwilę wcześniej zapytałam J.N jak taki ser może smakować, ona stwierdziła, że ser kozi jest dość specyficzny i że jej nie za bardzo przypadł jej do gustu, gdy go kiedyś jadła. Nabrałam więc wątpliwości co to tego dania, ale moja ciekawość była silniejsza, więc poprosiłam pana o podanie pieczonego koziego sera, podanego na sałacie z dodatkem warzyw.

W międzyczasie O.C. zamówiła Sałatkę Konesera (z grilowaną polędwiczką wieprzową, białymi szparagami, pomidorem, ogórkiem, grzankami, sosem czosnkowym, na sałacie lodowej).

Pierwszy został podany mój kozi ser.

Bałam się pierwszego kęsa, choć danie było bardzo ładnie podane. W końcu zdecydowałam się. Pierwsze wrażenie? Dziwne... Faktycznie J.N. miała rację, że ten ser jest specyficzny. Jednak  każdy kolejny kęs, połączony z zieleniną smakował coraz bardziej wybornie. W zasadzie trochę było mi smutno, że dostałam tylko 3 kawałeczki koziego sera, ale po przemyśleniu sprawy stwierdziłam, że ilość sera w stosunku do ilości warzyw jest doskonale dobrana. Ser kozi jest na tyle dziwny, że chyba nie byłabym w stanie zjeść go bez łagodzących dodatków. Nie mogłabym też niestety, z czystym sumieniem, polecić tego dania innym osobom, gdyż jest wielce prawdopodobne, że po prostu nie smakowałby im. Trzeba zamawiać na własne ryzyko;-) Ja jednak byłam zachwycona tym, że jeszcze długo po zjedzeniu, wypiciu drinków, wypaleniu papierosa czułam ten ostry, nie znany mi wcześniej smak.

Powiem jeszcze, że otrzymałam od pana kelnera zestaw z przyprawami - sól, pieprz, oliwa z oliwek.

W zasadzie to nie musiałam nic doprawiać, ale miałam ochotę pobawić się trochę podanymi sprzętami :-) Niestety butelka z oliwą była trochę nieporęczna, duża i tłusta, aczkolwiek smak oliwy był rewelacyjny. 

Podczas mojego zachwycania się kozim serem O.C. także dostała swoją sałatkę. Pięknie podana, duża porcja, na talerzu lekko pochyłym, którym się zachwyciłyśmy.

O.C. smakowała sałatka, powiedziała, że mięso było ciepłe, smaczne. Jednak nie zjadła całej zieleniny, było jej bardzo dużo, a poza tym zjadła wcześniej deser i już miała dość.

Jeśli chodzi o ceny to są one różnorodne. W karcie można znaleźć zarówno ceny (jak dla mnie) bardzo wysokie, np. krewetki black tiger z grila (58 zł), jak i niskie - jajka na miękko z grzankami (7 zł) czy feta zapiekana z pomidorami (10 zł). Wynika z tego, że każdy może znaleźć coś dla siebie.

Obsługa również miła, potrafiąca doradzić, jednocześnie bardzo zabiegana, ze względu na ilość ludzi. W zasadzie ten gwar, o którym pisałam wcześniej miał jeden duży plus - można było swobodnie porozmawiać, nie martwiąc się, że ktoś ze stolika obok coś usłyszy. Wnętrze lokalu jest bardzo przyjemne, czyste.

Myślę, że jeszcze nie raz wstąpię do Restauracji Sowa, by poznać jakieś nowe, ciekawe smaki. A może zjem wtedy coś bardziej tradycyjnego? Nie wiem, ale mam nadzieję, że będzie tak pysznie jak podczas tej wizyty.

 

 

 

Restauracja Sowa 

 

 

Tagi: kozi ser
19:11, marrrgott , Restauracje
Link
niedziela, 07 października 2012

Co jakiś czas nachodzi mnie smak na najzwyklejszą sałatkę warzywną. Tym razem "smaka" zrobiła mi J.N., kiedy jadąc autobusem do pracy rozmawiałyśmy właśnie o tej potrawie. Postanowiłam zrealizować swoje pragnienia i na piątkowych zakupach zaopatrzyłam się w potrzebne do zrobienia sałatki artykuły.

Składniki:

- 4 duże marchewki

- dwa średnie korzenie pietruszki

- 1/4 średniego selera

- 5 średnich ziemniaków

- 1/2 obranego ze skórki twardego jabłka

- 4 jajka ugotowane na twardo

- 3 duże ogórki kiszone

- pół puszki groszku konserwowego

- pół puszki kukurydzy konserwowej

- łyżeczka musztardy

- 5 łyżek majonezu 

- przyprawy (sól, pieprz, szczypta czosnku granulowanego) 

Surowe warzywa myjemy (nie obieramy) i wkładamy wszystkie go dużego garnka. Zalewamy zimną wodą i gotujemy pod przykryciem do miękkości (wiem, że wszystko jest już ugotowane wtedy, gdy ziemniaki zmiękną). Odcedzamy i pozwalamy warzywom ostygnąć. Następnie obieramy wszystkie ze skórek. 

Przygotowane warzywa kroimy w drobną kostę i wrzucamy do miski. Kroimy w kostkę również jabłko, jajka, ogórki, dorzucając do uprzednio pokrojonej marchewki, selera, pietruszki i ziemniaków.  Groszek i kukurydzę odsączamy na sitku i dodajemy do pozostałych składników. Przyprawiamy łyżeczką musztardy, solą, pieprzem, czosnkiem. Następnie dodajemy majonez. Wszystko dokładnie mieszamy, smakujemy, ewentualnie jeszcze dodajemy przyprawy. Odstawiamy na ok. 2 godziny do lodówki, by sałatka się przegryzła. 

 

 

środa, 03 października 2012

Kotlety z warzyw strączkowych należą do moich ulubionych potraw. Tym razem stały się składnikiem głównym mojego domowego fast fooda.

 Składniki:

- puszka białej fasoli

- pół puszki cieciorki

- jajko

- namoczona w wodzie kromka chleba 

- bułka tarta

- olej do smażenia 

- przyprawy (sól, pieprz, tymianek, czosnek granulowany, ostra mielona papryka)

 

Fasolę i cieciorkę rozdrabniamy widelcem lub miksujemy blenderem. Dodajemy namoczony chleb, jajko, przyprawy, bułkę tartą i mieszamy do powstania zwartej, jednolitej masy. Następnie formujemy ręką niewielke kotleciki, które obtaczamy w bułce tartej.

Na patelni rozgrzewamy olej i kładziemy kotlety smażąc je z obu stron na złoto.

Podajemy z dodatkiem ziemniaków i surówki lub (jak zrobiłam tym razem) z dodatkiem sałaty, pomidora i sosu czosnkowego w picie.

Kotleciki nadają się do mrożenia. Można je odgrzewać w piekarniku lub kuchence mikrofalowej.

 

 

Tagi
Image and video hosting by TinyPic Durszlak.pl Vegespot.pl - Przepisy wegetariańskie
Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów Top Blogi Odszukaj.com - przepisy kulinarne
zBLOGowani.pl
Instagram