Przepisy wegańskie i wegetariańskie oraz opinie o restauracjach, kawiarniach i innych miejscach.
niedziela, 20 marca 2016

Hej,

dziś podzielę się szybkim przepisem, na prosty obiad. Inspiracją dla mnie było danie półgotowe, które mogłam jakiś czas temu kupić w jednym z dyskontów. Niestety, nie podam dokładnych proporcji, gdyż sama wykorzystałam po prostu to co mam w lodówce i nie zważałam na proporcje, dlatego podam również je "na oko". Danie jest szybkie, smaczne,smakuje super na ciepło jak i na zimno. Gdyby tylko coś z niego zostało to z pewnością wzięłabym go na śniadanie do pracy jutro.

Składniki:

- 3/4 szklanki kaszy kuskus

- garść rodzynek

- dwie kostki mrożonego szpinaku

- szklanka mrożonego groszku

- dwie duże garści roszponki

- kilka małych pomidorów

- przyprawy (sól, czosnek granulowany, garam masala, świeżo mielony pieprz kolorowy, mielone chilli, płatki drożdżowe nieaktywne, ale myślę, że można je pominąć)

- olej do smażenia

- wrzątek

Kuskus wsypujemy do żaroodpornego naczynia, na przykład miseczki.  Dodajemy rodzinki, całość solimy lekko i mieszamy. Gotujemy wodę, gdy jest wrząca zalewamy nim kuskus z rodzynkami  centymetr ponad jego poziomem lub wg przepisu na opakowaniu, odstawiamy do wchłonięcia wody. 

Na patelnię wlewamy trochę wrzątku, dodajemy do niego szpinakowe mrożonki oraz mrożony groszek i rozmrażamy na średnim ogniu co jakiś czas mieszając i w razie potrzeby podlewając wodąGdy zawartość patelni będzie rozmrożona i nie będzie wody na patelni dodajemy trochę oleju (u mnie rzepakowy), następnie przyprawy, sól, pieprz, czosnek granulowany, płatki drożdżowe, garam masalę, mielone chilli. Żadna z tych przypraw nie była dodana w dominującej ilości. Chwilkę smażymy na średnim ogniu.

W międzyczasie wracamy do naszego kuskusu - mieszamy go widelcem, by się spulchnił i porozdzielał. Kuskus wraz z rodzynkami dodajemy do szpinaki i groszku na patelni, chwilę podgrzewamy, mieszamy, wyłączamy ognień pod patelnią.

Roszponkę myjemy, osuszamy ręcznikiem papierowym. Pomidorki kroimy na mniejsze cząstki.

Na dno talerza kładziemy roszponkę. Na to wykładamy kuskus wraz z warzywami i rodzynkami. Na górę kładziemy pomidorki, można je delikatnie posolić. 

I już :-)

zielony_kuskus2

czwartek, 25 lutego 2016

Hej hej,

kilka dni temu będąc w Auchan napotkałam na dość interesującą dla mnie promocję produktów, które są uważane za zdrowe, bio, itp. Na tej promocji znalazło się dużo produktów wegańskich i wegetariańskich. Niestety, moja wola jest dość słaba i nakupowałam trochę produktów, których w ogóle nie miałam zamiaru kupić. Dobrze, że w sklepie byłam sama, pieszo i nie mogłam kupić więcej, gdyż z pewnością zrobiłabym większe zapasy.

Jednym z produktów, które wzięłam na spróbowanie były kotleciki szpinakowe bio. 

Jak widzicie oznaczenia na opakowaniu mówią nam, że produkt nie zawiera mleka, jajek, że jest wegański. I w zasadzie to mnie interesowało, to czy jest produktem składającym się z bio składników już niekoniecznie. Jednak znajdujący się na odwrocie skład informuje nas, że w zasadzie wszystkie składniki mieszanki kotlecikowej pochodzą z upraw ekologicznych. No i fajnie.

Postanowiłam przygotować kotleciki na wczorajszy obiad, a w zasadzie obiadokolację. Zalałam się znajdujący się w kartoniku proszek z przyprawami, pomieszałam i odstawiłam do ostygnięcia. Stwierdziłam, że do tego zjem(y) ziemniaczki posypane czymś zielonym i ogórki kiszone. Tak po prostu lubię. 

Gdy zbliżał się czas obiadu zaczęłam lepić kotleciki z przygotowanej wcześniej i ostudzonej masy. Dostrzegłam, że bardzo dobrze się lepi i formuje. Super. Spojrzałam na opakowanie czy na pewno wszystko dobrze robię i zauważyłam, że nie ma tam informacji o obtoczeniu w panierce kotlecików. Hmm.. Ja lubię jak jest panierka, zwłaszcza, że została mi mieszanka panierkowa kilka dni wcześniej przygotowana do zwykłych kotletów sojowych. Postanowiłam ją wykorzystać i ulepione kotleciki obtoczyłam w mieszance bułki tartej, sezamu, płatków drożdżowych i przypraw. Fajnie panierka się kleiła i przylegała do kotletów.

Na opakowaniu jest napisane, że z podanej mieszanki wyjdzie 6-8 kotletów. Ja zrobiłam 10 sztuk. Nie były one duże, może wielkości falafela. Ich wielkość była dla mnie w sam raz, a poza tym lepiej jak jest więcej ;-)

Rozgrzałam olej na patelni bardzo porządnie i zaczęłam smażyć kotleciki (ziemniaki były już w zasadzie ugotowane). Niestety trochę sezamu z nich odpadło, ale nie było tragedii. Smażyłam je z obydwóch stron na złoto na średnim ogniu. W międzyczasie odcedziłam i odparowałam ziemniaki, pokroiłam ogórka kiszonego i rozłożyłam to wszystko na talerze. Do tego usmażone kotleciki i obiadek był gotowy. 

bio3

Co do samych kotlecików - o czymś to świadczy, że mój P., który szpinaku nie lubi zjadł nałożone na talerz kotleciki. Powiem tak - były niezłe. Szpinak dominujący w smaku, kotlety nie za słone, dla mnie wręcz mało słone (ale ja jestem sololubna). Konsystencja w porządku - kotleciki nie były twarde jak kamień, ale też nie rozpadały się ani na patelni, ani na talerzu. Plusem jest to, że tak prosto się je robi, zalewamy wodą, mieszamy, smażymy, pewnie nawet nie trzeba ich panierować, skoro producent nie wspomniał o tym na opakowaniu. Cena nie zachęca do zakupów - promocyjna wynosiła troszkę ponad 10 zł, ale uważam, że raz kiedyś można sobie pozwolić na odmianę obiadową. Mam jeszcze kotleciki gryczane z tej serii i mam nadzieję, że będą trochę lepsze :-)

Podsumowując:

Kotleciki są dobre, ale szału nie ma, nie jest to produkt, o którym teraz śnię. Niestety, z uwagi na cenę nie będzie on częstym gościem na moim stole, choć może kiedyś się skuszę jeszcze. Może gdyby ich smak był super a nie tylko "OK" to kupowałabym je częściej. Na pewno kotleciki mogą być dobre dla ludzi zabieganych, gdyż robi się je szybko i łatwo. Warto ich spróbować - tak po prostu, żeby zjeść coś innego :-)

 

Pozdrawiam,

 

marrrgott

 

sobota, 23 stycznia 2016

Weekendy powinny dla mnie nie istnieć. Wtedy zawsze dopada mnie jakiś dziwny apetyt, mam jakieś kulinarne zachcianki, raz proste, na przykład frytki, następnie bardziej skomplikowane, na przykład drożdżówki. Zastanawiałam się, czy takie ciacho uda mi się bez użycia jajek, ale postanowiłam spróbować. Poszperałam trochę i trafiłam na dwa przepisy na drożdżówkę i kruszonkę.  Spodobały mi się, więc postanowiłam je zweganizować. Bardzo dziękuję za inspirację ich autorom. Poniżej zapraszam na swoją wersję.

Ciasto:

- 3 szklanki (+ jeszcze troszkę) mąki pszennej

- szklanka mleka sojowego

- pół kostki świeżych drożdży

- 3 łyżki cukru aromatyzowanego prawdziwą wanilią

- szczypta soli

- 3 łyżki oleju roślinnego

- woda z dodatkiem kurkumy

Kruszonka:

- 1 część cukru z wanilią

- 1 część margaryny wegańskiej

- 2 części mąki

Lukier:

- pół szklanki cukru pudru

- łyżeczkę soku z cytryny

- dwie łyżki letniej wody

3 szklanki mąki przesiewamy przez sito do miski, dodajemy szczyptę soli, dwie łyżki cukru, mieszamy i dodajemy olej roślinny. Do garnuszka wlewamy mleko, wkruszamy drożdże, dodajemy łyżkę cukru oraz łyżeczkę mąki. Delikatnie podgrzewamy, ciągle mieszając, by rozpuścić drożdże. Temperatura mleka musi być taka, żeby można było bez problemu zanurzyć palec w płynie. Mleko nie może być za gorące. Gdy jest odpowiednio ciepłe i drożdże są rozpuszczone odłączamy ogrzewanie garnka i odstawiamy miksturę, żeby drożdże zaczęły pracować. 

W międzyczasie możemy umyć na przykład zaległe naczynia ;-)

Gdy drożdżowa mikstura zaczyna się unosić wlewamy wszystko do naszej przesianej mąki. Mieszamy wszystko łapką. Masa będzie klejąca. Ja w takim wypadku po pierwszym wymieszaniu oczyszczam rękę z ciasta, myję ją, biorę w garść trochę mąki i dodaję do ciasta wszystko ugniatając i wyrabiając. Takich niewielkich garści będzie potrzebne kilka, najważniejsze, żeby wszystko dozować powoli i ugniatać, ugniatać i ugniatać :-) Gdy ciasto już jest ładne i elastyczne odstawiamy je i rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni. Przygotowujemy sobie blachę oraz papier do pieczenia.

Na blat wysypujemy trochę mąki, dzielimy kulę ciasta na dwie części (mi to ułatwiło wałkowanie) i rozwałkowujemy na prostokąt o grubości ok. 5 mm. Następnie ten prostokąt dzielimy na długie paski. Każdy pasek zwijamy w spiralkę, a następnie taką spiralkę w ślimaka. Kładziemy na papierze do pieczenia i tak robimy z każdym paskiem: ślimakujemy je i odkładamy na blaszkę.

Robimy miks: do pół szklanki letniej wody (taka z kranu jest dobra) dodajemy kurkumę, żeby zabarwiła wodę. Następnie pędzelkiem smarujemy każdą drożdżówkę. Nie jest to niezbędne, ale daje kolor.

Następnie robimy kruszonkę - co jest potrzebne? 1 część cukru z wanilią, 1 część margaryny wegańskiej Alsan -bio (myślę, że olej kokosowy też byłby dobry), 2 części mąki, wszystko razem łapkami mielimy i kruszymy. Przyznam się, że proporcje próbowałam zachować, jednak mieszałam je na oko, najważniejsze, że wyszło ;-)

Gdy już będą gotowe grudki ciasta posypujemy nasze zeświderkowane ślimaki. Ja posypałam niedbale - to co spadło na blaszkę super się przypiekło i było mega pyszne! 

Wkładamy drożdżówki do piekarnika i pieczemy. Ja piekłam 35 minut, ale radzę pilnować ciasta. Mam dziwny piekarnik, który oczywiście najbardziej zrumienił spód ciastek :-(

Po wyciągnięciu drożdżówek z piekarnika polałam je lukrem. Na to potrzebowałam: pół szklanki cukru pudru, łyżeczkę soku z cytryny, dwie łyżki letniej wody. Wszystko dokładnie wymieszałam i polałam ciacha. Niestety, nie mogłam się oprzeć i zajadałam się ciepłymi wypiekami w zasadzie natychmiast. Na drugi dzień też są niezłe, ale najpyszniejsze są właśnie zaraz po upieczeniu, dodatkowo w domu unosi się niesamowity zapach, co fajnie wpływa na atmosferę w nim.

 

drodwki

Z podanego przepisu wyszło mi 9 niewielkich drożdżówek.

 

sobota, 16 stycznia 2016

Jedną z najtrudniejszych dla mnie spraw przy przechodzeniu na dietę roślinną było pogodzenie się z faktem, że już nigdy nie zaznam smaku prawdziwego majonezu. Kupne zamienniki były dla mnie nie do zjedzenia. Słyszałam o czymś takim jak "majonez" z mleka sojowego, nawet kiedyś go zrobiłam, ale coś musiałam popsuć, gdyż nie zrobił się gęsty i w ogóle jakoś tak nie pasował mi.

Wiedziałam też, że istnieje coś takiego jak "fasolonez". Zaciekawił mnie ten pomysł, gdyż właśnie fasola jest moim ulubionym strączkiem. Pierwszy, który zrobiłam był zjadliwy, ale znów bardzo wodnisty. Nie tego chciałam. Musiałam więc trochę pokombinować i tak oto powstała moja ulubiona wersja fasolonezu, czyli zamiennika majonezu. Przyznam się, że w klasycznej sałatce warzywnej był doskonały. W ziemniaczanej również dawał radę. Niestety, tak jak kiedyś uzależniona byłam od jajecznego majonezu, tak teraz jestem uzależniona od fasolonezu, mogę go spożywać do wszystkiego, choć nie smakuje on dokładnie jak jajeczny. Jednak moim zdaniem jest smaczny i wcale nie gorszy.

Składniki:

  • puszka białej fasoli

  • łyżeczka musztardy (u mnie sarepska)

  • sól Kala Namak

  • sok z cytryny – u mnie ok. 2 łyżek

  • 3/4 – 1 szklanka oleju

  • płatki drożdżowe – ok. pół łyżeczki

  • inne przyprawy, które tak na prawdę nie są niezbędne (szczypta pieprzu, szczypta kurkumy lub słodkiej papryki dla koloru, szczypta czosnku granulowanego)

 

Fasolę odsączamy na sitku, przepłukujemy, wkładamy do garnuszka. W garnku umieszczamy przyprawy (te "inne") oraz musztardę, następnie wszystko lekko podgrzewamy ciągle mieszając. Garnek zestawiamy z ognia, umieszczamy na podkładce, żeby nie zniszczyć mebli lub przekładamy fasolę do innego naczynia. Dodajemy sok z cytryny, płatki drożdżowe oraz pół szklanki oleju. Blendujemy. Masa zapewne nadal jest zbyt gęsta, więc następnie małymi chlustami dodajemy olej blendując wszystko. Nie trzeba dodawać oleju i jednocześnie blendować fasoli. Używam blendera ręcznego i łączę fasolę z olejem ruchem okrężnym. Ważne, żeby olej dolewać po trochu, by mieć kontrolę nad konsystencją fasolonezu. Niektórzy lubią bardziej rzadki sosik, niektórzy nie. Gdy fasola osiągnie odpowiednią konsystencję smakujemy i ewentualnie doprawiamy dodatkowo łącząc smaki poprzez mieszanie na przykład łyżką.

W zasadzie fasolonez jest już gotowy. Niestety mój sprzęt nie jest doskonały i zostawia malutkie niezmielone grudki, których nie lubię. W związku z tym wszystko jeszcze przecieram przez gęste sito, żeby fasolonez był gładki. Przekładam do pojemniczka i chłodzę w lodówce. Zazwyczaj zjadam fasolonez w ciągu 5-6 dni i przez ten czas jest dobry.

 

fasolonez

Małe porady:

W przypadku korzystania z ugotowanej w domu fasoli – może być potrzebna odrobina wody do lekkiego rozcieńczenia zblendowanej masy.

Wszystkie przyprawy za wyjątkiem musztardy radzę dodawać stopniowo – część przed zblendowaniem, część po – żeby z niczym nie przedobrzyć.

 

Tagi: fasola
21:20, marrrgott , Inne
Link Komentarze (1) »
wtorek, 05 stycznia 2016

Hej,

dziś przedstawiam mój super prosty sposób na pieczarki. Nie zawsze chce mi się je kroić w plasterki i podsmażać na patelni. Tak też było ostatnio, więc uznałam, że po prostu wrzucę je do piekarnika z przyprawami. Lubię takie pieczarki, smakują inaczej niż te usmażone w plasterkach na patelni.

Składniki:

- średnie pieczarki, u mnie 20 sztuk

- przyprawy (sól, świeżo mielony kolorowy pieprz, majeranek, czosnek niedźwiedzi)

- olej

Pieczarki myjemy, odcinamy nóżki. Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni Celsjusza. Blachę wykładamy papierem do pieczenia, na niej układamy pieczarki. Skrapiamy je olejem, następnie solidnie przyprawiamy. Wkładamy do nagrzanego piekarnika na około pół godziny, w międzyczasie przekładając je na drugą stronę i pilnując żeby się nie spaliły (piekarniki są różne niestety...). Mają one stać się brązowe i skurczone :-)

Podałam te pieczarki do ziemniaków na obiad, jak poniżej na zdjęciu.

pieczarki_pieczone

Podana ilość pieczarek wystarczyła na obiad dla dwóch osób.

 

sobota, 17 października 2015

Za oknem szaro, mnie przeziębienie jeszcze trochę trzyma.. Dlatego na poprawę humoru zrobiłam sobie taki oto koktajl.

Składniki:

- burak

- 2 dojrzałe banany

- sok z cytryny - u mnie około dwóch łyżek

- woda przegotowana i napój sojowy - w mniej więcej równych proporcjach

Buraczka umyłam, zawinęłam w folię aluminiową i piekłam w piekarniku (nastawionym na 200 stopni) do miękkości. Gdy był już miękki odstawiłam go do ostygnięcia, po czym obrałam go ze skórki i pokroiłam w mniejsze cząstki. Banany obrałam, pokroiłam w mniejsze kawałki. Umieściłam wszystko w naczyniu do blendowania. Dodałam sok z cytryny i zalałam wszystko wodą i napojem sojowym tak, żeby płyn przykrył banany i buraka. Blenderem ręcznym zmiksowałam wszystko na gładki koktajl. Przełożyłam do lodówki, by wszystko się schłodziło.  Wypiłam sobie bananowo-buraczkowy koktajl zamiast kolacji :-)

koktajl_z_buraka__Kopia

Ilość porcji: dwie pełne szklanki

 

 

 

12:10, marrrgott , Inne
Link Komentarze (1) »
niedziela, 04 października 2015

Znudziło mi się już wydawanie pieniędzy na kupne paprykarze warzywne. Są one dość drogie w stosunku do swojej ilości. Tak się składa, że taki paprykarz jest ulubioną pastą kanapkową mojego konkubenta, więc w naszym domu pojawiał się dość często. W związku z tym stwierdziłam, że spróbuję sama zrobić taki paprykarz warzywny. Nie ukrywam, że wyszło mi to :-)

Składniki:

- 4 średnie marchewki

- 2 czerwone papryki

- mała pietruszka

- kawałek selera

- por - biała część

- 2 średnie cebule

- pół szklanki granulatu sojowego

- woreczek (100 g) ryżu

- 3 kopiaste łyżeczki koncentratu pomidorowego

- olej do smażenia

- przyprawy (sól, cukier, przyprawa do ryb - mieszanka, czosnek granulowany, łyżeczka słodkiej mielonej papryki, dwa listki laurowe, dwie kulki ziela angielskiego, świeżo mielony kolorowy pieprz)

Marchewkę, pietruszkę, seler, por obieramy i myjemy. Wkładamy do garnka, zalewamy wodą, wszystko solimy, dodajemy dwie kulki ziela angielskiego i dwa listki laurowe. Gotujemy wszystko do miękkości, wyławiamy z wody, odstawiamy do ostygnięcia. W wodzie po warzywach gotujemy ryż -ja uzupełniłam częściowo wygotowany płyn zwykłą wodą i dodałam jeszcze szczyptę soli. Ryż po ugotowaniu także odstawiamy do ostygnięcia.

Piekarnik nastawiamy na ok. 200 stopni Celsjusza. Na blaszkę kładziemy papier do pieczenia, a na nim umieszczamy 2 czerwone papryki. Pieczemy je, co jakiś czas obracając, tak by skórka nieco się przypaliła. Następnie wyciągamy je i wkładamy na kilkanaście minut do woreczka. Po upływie kilkunastu minut obieramy papryki ze skórek, kroimy niezbyt równo i wydobywamy z wnętrza pestki. Papryki umieszczamy w naczyniu razem z warzywami, które gotowane były na początku. Wszystko miksujemy blenderem na gładką masę. 

Dwie cebule obieramy i kroimy w niezbyt równą kostkę (chyba, że ktoś ma zdolności, żeby zrobić idealną kosteczkę - nie widzę przeszkód). Na patelni rozgrzewamy olej, wrzucamy cebulę, oprószamy delikatnie cukrem, smażymy. Gdy cebulka się zeszkli dodajemy suchy granulat sojowy, przysmażamy go na złoto z dodatkiem odrobiny soli. 

Do smażonej cebulki z granulatem dodajemy wcześniej zblendowane warzywa oraz ugotowany ryż. Mieszamy wszystko na patelni. Można dodać trochę wody, żeby było łatwiej - ona i tak odparuje. Dodajemy też koncentrat pomidorowy oraz przyprawy wraz z dodatkowym cukrem, żeby zneutralizować kwaśność koncentratu. Polecam dodawanie przypraw partiami, żeby nie przesadzić ;-) Zawartość patelni mieszamy często, by nic się nie przypaliło i żeby woda jak najbardziej odparowała. Wyłączamy gaz, pozostawiamy do ostygnięcia. Następnie chłodzimy w lodówce. Możemy jeść na kanapkach lub na talerzu z dodatkiem innych ulubionych warzyw. 

paprykarz1

Ilość porcji: 2 półlitrowe pojemniczki

 

 

-

 

 

-

10:03, marrrgott , Dodatki
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 sierpnia 2015

Jakiś czas temu podczas zakupów w jednym ze sklepów internetowych, które zajmują się sprzedażą produktów wegańskich skusiłam się za zakup słodzonej wegańskiej śmietanki do ubijania. Byłam ciekawa jej smaku i konsystencji. Zwłaszcza, że w planach miałam całkowitą rezygnację z produktów pochodzenia zwierzęcego (co wprowadziłam już w życie, dlatego proszę o trzymanie za mnie kciuków). Po otrzymaniu paczki nadanej kurierem oczom moim ukazał się mały kartonik.

smietanka1

Produkt natychmiast został umieszczony w lodówce, gdzie przeleżał sobie może dwa lub trzy tygodnie czekając na swój wielki dzień. 

Taki w końcu się przytrafił. Robiłam sobie deserek i chciałam go wzbogacić właśnie taką śmietanką. 

Skład wygląda tak (na opakowaniu nie było informacji w języku polskim):

smietanka2smietanka21

No cóż, długa ta lista składników. Tych wszystkich "E" to nawet nie chce mi się sprawdzać. Ale jednak nie zraził mnie ten długaśny skład, ponieważ akurat on nie miał dla mnie kompletnie znaczenia, dla mnie najważniejszym symbolem jest symbol "VEGAN".

Zawartość kartonika przelałam do naczynia do ubijania. Wzięłam ubijaczkę (?), którą zamontowałam w rdzeniu blendera ręcznego i zaczęłam ubijać biały płyn. Pierwsze oznaki zagęszczania się substancji pojawiły się bardzo szybko i po kilku chwilach miałam już dobrze ubitą masę. 

smietanka4

Wszystko ładnie, pięknie. No to przyszedł czas na próbę smaku. Zrobiłam to paluchem, tak jak kiedyś jak byłam dzieciakiem i wyjadałam mamie jakieś kremowe składniki ciasta. Pierwsze wrażenie - słodkie. Do niego doszło później wrażenie lekkości tej śmietanki i jej puszystość. Smakowało mi to. Następnie skojarzyłam, że już kiedyś coś podobnego miałam okazję jeść. Była to "Śnieżka", tańsza wersja bitej śmietany, taki proszek, który miksowany był z mlekiem i który zawsze czekał w gotowości w szafce, kiedy mamie zachciało się zrobić jakiś szybki niedzielny deser. Tak, przedstawiana śmietanka smakuje dla mnie właśnie jak "Śnieżka".

Ze smakiem tej prawdziwej bitej śmietany moim zdaniem za dużo wspólnego nie ma, ale nie jest mi z tego powodu szczególnie smutno. Jednak, moim zdaniem, od czasu do czasu produkt ten może być fajnym dopełnieniem deseru, czy owoców. Nie jest wykluczone, że kupię ten produkt kiedyś ponownie, zwłaszcza, by zjeść z nim jakieś smaczne owoce :-) 

smietanka3

 

 

sobota, 13 czerwca 2015

Już od dawna zamierzałam przygotować ten smak z dzieciństwa. Taki deser przygotowywała moja mama, gdy byłam mała. Nareszcie udało się go wykonać, gównie za sprawą leżącego i zapomnianego w szafce budyniu oraz dzięki mleku sojowemu Alpro, które zostało mi po promocji w Biedronce. Z kolei podczas zakupów w Lidlu wzięłam herbatniki i miałam już wszystko czego potrzebowałam :-)

Składniki:

- ok. 24 sztuk herbatników

- 2 budynie o smaku śmietankowym (można również wykorzystać inny smak)

- 3 szklanki mleka sojowego (u mnie 2 szklanki waniliowego i jedna szklanka naturalnego słodzonego)

- opcjonalnie trochę cukru

Mleka wlewamy do garnka. Odlewamy z niego 3/4 szklanki, wsypujemy nasze dwa budynie i drewnianym koziołkiem łączymy mleka i budyniowy proszek. Zawartość garnka podgrzewamy i gdy zaczyna się gotować dodajemy wcześniej przygotowaną mieszankę budyniową. Wszystko dokładnie mieszamy aż zgęstnieje, smakujemy i ewentualnie dodajemy cukier według uznania jednocześnie intensywnie mieszając. Dodałam cukier na samym końcu, gdyż mleka były już słodzone. Wyłączamy gaz pod budyniem i odstawiamy żeby trochę przestygł.

Formę lub blachę wykładamy folią spożywczą (choć nie jest ona moim zdaniem konieczna). Kładziemy na niej nasze herbatniki.

Jak widać powyżej puste brzegi próbowałam także wyłożyć przepołowionymi ciastkami, ale nie jest to konieczne, poza tym kruszą się przy krojeniu.

Następnie kładziemy na nie letni budyń i przykrywamy kolejną warstwą herbatników.

Zostawiamy ciastka z budyniem, by ten ostygł, a następnie wkładamy do lodówki. Ja schowałam na całą noc.

Po wyciągnięciu z lodówki kroimy na takie herbatnikowe sandwiche. Można je już jeść albo jeszcze się wstrzymać i polać taki sandwich na przykład gorzką czekoladą. 

UWAGA! Teraz napiszę o czymś co nie każdemu może się spodobać - herbatniki pod wpływem wilgoci z budyniu robią się miękkie (ale nie rozlazłe). Dla mnie jest to plus i właśnie to pamiętam z dzieciństwa, ale wiem, że nie dla wszystkich może to być dobre. Dlatego uprzedzam :-) Oczywiście im szybciej deser zjemy tym lepiej.

Używałam herbatników z takim znaczkiem:

17:25, marrrgott , Słodkości
Link
niedziela, 17 maja 2015

Lubię ziarna słonecznika. Są one dla mnie bardzo wciągające. Zauważyłam, że są one jeszcze bardziej uzależniające, gdy przygotuję je w formie pasty kanapkowej. Ostatnio przygotowałam taką pastę słonecznikową z dodatkiem smażonej cebulki. Trochę nieświadomie udało się przygotować taką podróbkę smalcu, chyba właśnie dzięki dodatkowi cebuli oraz majeranku, który jakoś tak pasował mi do całej kompozycji.

Składniki:

- szklanka łuskanych ziaren słonecznika + woda do jego namoczenia

- duża cebula (ja użyłam jednej, gdyż tylko tyle miałam, ale myślę, że im więcej tym lepiej)

- olej do smażenia

- przyprawy (sól, cukier, szczypta cukru, łyżka suszonego majeranku, czarny pieprz)

Ziarna słonecznika przekładamy do miski, dodajemy do niego ok. 2 szklanek ziemnej wody i namaczamy kilka godzin. Następnie odcedzamy przekładamy znowu do miski.

Cebulę obieramy kroimy jak chcemy. Na patelni rozgrzewamy olej, dodajemy cebulę oprószając ją szczyptą cukru. Smażymy na małym ogniu na złoto dodając w międzyczasie majeranek oraz trochę soli.

Do miski ze słonecznikiem przekładamy połowę usmażonej cebuli, wraz z olejem na którym się smażyła, dodajemy pieprz. Blendujemy na gładką lub jak kto wolni nie do końca gładką masę. Następnie dodajemy resztę cebuli, mieszamy łyżką, smakujemy i ewentualnie doprawiamy solą lub inną przyprawą.

 

10:19, marrrgott , Dodatki
Link
sobota, 02 maja 2015

W kuchni mej znalazłam seler. Był już "na ostatnich nogach", więc trzeba było szybko coś z nim zrobić. Nie chciałam użyć go do zupy. Przypomniałam sobie, że ponad 10 lat temu podczas stosowania tzw. żelaznej diety (dieta była skuteczna, ale teraz wiem, że głupia) kroiłam seler w plastry i smażyłam na oleju. Tym razem postanowiłam zrobić podobnie, a ponieważ nie stosuję żadnej diety odchudzającej (choć powinnam ;-) dodałam do selera panierkę, by był pięknie złoty :-)

Składniki:

- pół dużego selera

- mąka +woda do panierki (tu zerknij jak zrobić)

- bułka tarta

- olej

- przyprawy (sól, curry, przyprawa do kurczaka, czosnek granulowany, świeżo mielony kolory pieprz)

Seler myjemy, obieramy. Kroimy na plastry kilkumilimetrowe, odstawiamy na talerzyk. 

W misce mieszamy mąkę i wodę, by stworzyć zamiennik jajka do panierki. Do tego miksu dodajemy trochę soli oraz curry, mieszamy. Na talerzyk wsypujemy bułkę tartą. Każdy plaster selera moczymy w mące z wodą, a następnie panierujemy w bułce.

Na patelni dobrze rozgrzewamy olej, ja jak zwykle nie użyłam minimalnej ilości. Gdy olej będzie już gorący kładziemy każdy plaster na patelnię i smażymy aż będą złote. Podczas smażenia posypujemy każdy plaster przyprawami: solą, curry, przyprawą do kurczaka, pieprzem oraz na koniec (tylko z jednej strony) czosnkiem granulowanym. 

Po smażeniu odkładamy je na papierowy ręcznik, by wchłonął zbędny tłuszcz.

Taki seler można podać z ziemniakami i surówką, ale ja wolałam poczekać aż ostygnie i miałam fajne plastry na kanapki do pracy, które zrobiłam z pomidorem i innymi dodatkami. 

12:57, marrrgott , Kotlety
Link
niedziela, 12 kwietnia 2015

Lubię kupować w Biedronie bułki tzw. wieloziarniste, takie fajne romby. Podejrzewam, że pieczywo w tym miejscu jest zapewne produkowane z zamrożonego ciasta, jednak nie przeszkadza mi to.

Stało się kiedyś tak, że i ja i mój P. kupiliśmy za dużo pieczywa. Myślałam, że on nie kupi, on myślał, że ja nie kupię i tak się nazbierało w chlebaku. Niestety, z powodu tego nadmiaru bułki moje zeschły się. Nie chciałam ich wyrzucać, na bułkę tartą ścierać ich też nie za bardzo mi się chciało. Wymyśliłam, że spróbuję zrobić z nich kotleciki. 

Składniki:

- 2 bułki wieloziarniste

- 3 łyżki posiekanego szczypioru (można dać więcej)

- 5 łyżek kaszy manny

- bułka tarta

- olej

- przyprawy: sól, pieprz, dużo curry, czosnek granulowany

Bułki moczymy w zimnej wodzie ok. godziny. Odciskamy je dokładnie, przekładamy do miski. Dodajemy przyprawy, blendujemy. Dodajemy posiekany szczypior oraz kaszę mannę. Mieszamy wszystko łapką lub łyżką dokładnie, odkładamy naszą masę do lodówki na kilka godzin. U mnie było to na całą noc gdyż zabrałam się za przygotowania wieczorem. 

Na talerz wysypujemy bułkę tartą. Masę bułkową wyciągamy z lodówki. Rękoma formujemy nieduże kotleciki i obtaczamy w bułce, odkładamy je na odrębny talerz. 

Na patelni rozgrzewamy olej. Smażymy kotleciki na złoto najpierw na jednej, później na drugiej stronie. Jemy ciepłe lub zimne. Wg mnie (o dziwo) lepiej smakowała wersja na zimno. Traktowałam je jako małą przekąskę do podbierania z lodówki ;-)

To danie nie jest  czymś nadzwyczajnym i mega zachwycającym, ale jednak wolałam pokombinować z tymi bułkami niż je wyrzucić.

Ilość: ok.8 sztuk

19:03, marrrgott , Kotlety
Link
niedziela, 22 marca 2015

Witam,

wczoraj zrobiłam sobie na śniadanie prostą i szybką sałatkę.

Składniki:

- 2 duże jajka 

- garść roszponki

- 5-6 pomidorków koktajlowych

- majonez (ilość wg uznania)

- sól czosnkowa z ziołami (z młynka)

 

Jajka gotujemy na twardo. Roszponkę myjemy, osuszamy delikatnie papierowym ręcznikiem. Pomidorki również myjemy, osuszamy. Kładziemy na talerz. 

Jajka po ugotowaniu studzimy w zimnej wodzie, obieramy ze skorupek. Kroimy je na ćwiartki, kładziemy na roszponce. Pomidorki kroimy w ten sam sposób, dokładamy je na talerz. Odpowiednią dla nas ilość majonezu kładziemy tu i ówdzie, na jajko, na pomidorka, na liście roszponki. Wszystko posypujemy solą czosnkową z ziołami. 

I zajadamy :-)

Ilość porcji: 1

 ALE JAJA!

czwartek, 01 stycznia 2015

Witam wszystkich w Nowym Roku 2015! Życzę wszystkim spełnienia marzeń :-)

A teraz przejdźmy do rzeczy, czyli do jedzenia ;-) W ostatni dzień roku 2014 postanowiłam przygotować z dostępnych w lodówce składników kotlety. Wykorzystałam do nich wędzony twaróg, na który zupełnie nie miałam pomysłu oraz resztkę kaszy kus kus, która stała sobie w pudełku. Dodatkowo zrobienie tych kotletów było dobrą okazją, by wypróbować produkt, który kupiłam ostatnio - zamiennik jajka. 

Składniki:

- 250g wędzonego twarogu

- pół szklanki suchej kaszy kus kus

- 3 łyżeczki zamiennika jajka + pół szklanki zimnej wody (niezbędny jest w tym wypadku mikser)

- 4 łyżki bułki tartej + bułka tarta do panierowania kotlecików

- olej do smażenia

- przyprawy (sól - jeśli ktoś lubi moc soli, ja nie dodawałam, gdyż twaróg był słony; kolorowy pieprz, czosnek granulowany)

 

Kaszę kus kus przygotowujemy wg przepisu na opakowaniu, odstawiamy do ostygnięcia.

Z zamiennikiem jajka robimy podobnie - trzymamy się przepisu na opakowaniu, czyli w tym wypadku mieszamy 2-3 łyżeczki proszku w połowie szklanki wody, a następnie w misce ubijamy na pianę przy pomocy miksera.

Do tej piany wkruszamy twaróg, dodajemy wystudzony kus kus. Mieszamy wszytko dokładnie łapką. Dodajemy przyprawy i dalej mieszamy. Do masy twarogowej dodajemy 4 łyżki bułki tartej i znów łączyli wszystkie składniki. 

Następnie zwilżonymi dłońmi formujemy kotleciki obtaczając je w bułce tartej. 

Na patelni rozgrzewamy olej. Smażymy na nim kotleciki z dwóch stron na złoto. Wykładamy na papierowy ręcznik, by nadmiar tłuszczu się w niego wchłonął.

Ilość sztuk: ok. 10

sobota, 27 grudnia 2014

Nie ukrywam - to danie wzorowałam na tym, które kiedyś jadłam w domu, zwłaszcza w okresie świąt - na rybie w zalewie octowej. I choć za rybą nigdy nie przepadałam to nabrałam chęci, by zrobić coś w słodko-kwaśnej zalewie. Początkowo miały to być kotlety sojowe, takie zwykłe, suche z paczki, usmażone w panierce. Jednak obawiałam się, że podczas moczenia ich w zalewie panierka mi odpadnie. W końcu podczas zakupów w Kauflandzie zdecydowałam kupić nuggetsy firmy Vegetaria i wykorzystać je zamiast kotletów sojowych. Poniżej opis czynności i składniki.

Składniki:

- opakowanie nuggetsów (mogą być takie jak moje, ale myślę, ze nuggetsy mrożone firmy Polsoja także będą dobre)

- 3 duże cebule

- duży ząbek czonsnku

- pół szklanki octu jabłkowego

- pół szklanki cukru

- 3 szklanki wody

- olej do podsmażenia cebuli

- przyprawy (sól, świeżo zmielony kolorowy pieprz, szczypta kurkumy, lubczyk suszony, odrobina mielonej ostrej papryki, 2 kulki ziela angielskiego, dwa liście laurowe)

Nuggetsy smażymy wg przepisu na opakowaniu, odstawiamy do ostudzenia.

Cebulę obieramy i kroimy w półplasterki, czosnek obieramy także i kroimy w plasterki. W garnku rozgrzewamy olej, wrzucamy do niego cebulę i smażymy aż będzie lekko złota. Następnie dodajemy czosnek, smażymy razem ok. pół minuty. 

Zalewamy wszystko wodą, dodajemy przyprawy. Gotujemy ok. 5 minut, następnie dodajemy ocet jabłkowy i cukier. Wszystko dokładnie mieszamy, by cukier się rozpuścił. Gotujemy ok. 15minut na średnim ogniu (co jakiś czas mieszając) lub dłużej, jeśli chcemy zredukować płyn. Zalewę studzimy.

Przygotowujemy słoik o pojemności ok.750 ml. Z garnka łyżką cedzakową wyławiamy partię cebuli, układamy ją na dnie słoika. Następnie nakładamy na nią nuggetsy. Kolejne warstwy nakładamy tak samo: cebula --> nuggetsy, aż do wypełnienia słoja. Później zalewamy wszystko pozostałym w garnku słodko-kwaśnym płynem.

Słoik dokładnie zakręcamy i odstawiamy na parę dni do lodówki, by nuggetsy przesiąknęły smakiem zalewy.

Dla mnie takie danie to fajna sprawa :-)

 

poniedziałek, 08 grudnia 2014

Dziś znów coś prostego (uwielbiam proste przepisy). Czyli pasta na chleb z czerwonej soczewicy, ze smażonymi pieczarkami i czerwoną cebulką. Chyba nie ma nic prostszego niż połączenie za pomocą blendera przygotowanych wcześniej składników. A zawsze jest jakaś odmiana na chlebie czy bułce :-)

Składniki:

- 3/4 szklanki czerwonej soczewicy

- 4 łyżki przygotowanych wcześniej usmażonych pieczarek z cebulą (Jak je przygotować? Dowiecie się TU)

- pół obranej czerwonej cebuli

- 1-2 łyżki oleju

- przyprawy: sól, pieprz, szczypta mielonej papryczki chilli, czosnek granulowany

Soczewicę płuczemy na sitku, wrzucamy do gotującej się osolonej wody i gotujemy do miękkości wg przepisu na opakowaniu. Odcedzamy na sicie bardzo dokładnie.

Rozgrzewamy patelnię (bez oleju) i kładziemy na nią odcedzoną soczewicę. Cały czas mieszając redukujemy znajdujący się w niej płyn. Gdy pozbędziemy się nadmiaru wody odkładamy do miski i pozostawiamy soczewicę do ostygnięcia.

Następnie dodajemy wcześniej przygotowane już pieczarki. Dodajemy także przyprawy, łyżkę lub dwie oleju. Za pomocą blendera zmieniamy wszystko na jednolitą masę. 

Pół cebuli obieramy, kroimy na takie kawałki jak lubimy, może byś drobno, może być grubiej. Mieszamy z pastę (lubię te kawałeczki cebuli :-) by połączyła się z cebulą. W razie potrzeby doprawiamy do smaku.

 

 

niedziela, 26 października 2014

Ostatnio trochę źle się czułam i podczas siedzenia w domu naszła mnie ochota na jakąś rozgrzewającą zupę. Tym razem zamiast gotowania wybrałam pieczenie warzyw. Powiem szczerze - zapach pieczonych w piekarniku selera, marchewki, cebuli był cudowny. I choć zupa nie wygląda szałowo to jest bardzo smaczna. 

Składniki:

- 2 średnie marchewki

- 5 średnich ziemniaków

- 2 korzenie pietruszki

- seler (średni)

- biała część pora

- 2 nieduże cebule

- 2 ząbki czosnku

- pół szklanki czerwonej soczewicy

- 2 łyżki posiekanej natki pietruszki + trochę do posypania zupy

- olej

- przyprawy (sól, pieprz, dwa listki laurowe, dwie kulki ziela angielskiego, suszony lubczyk, czerwona mielona ostra papryka)

Wszystkie warzywa obieramy, myjemy. Marchewkę, pietruszkę, cebulę, pora kroimy na pół. Seler oraz ziemniaki w kawałki "jak na zupę". Obrany czosnek pozostawiamy w całości. Warzywa wkładamy do żaroodpornego naczynia. Polewamy je olejem, doprawiamy solą, pieprzem oraz polewamy olejem (ok. 4 łyżki). Wszystko dokładnie mieszamy. Piekarnik nastawiamy na ok. 190 - 200 stopni. Gdy będzie już gorący wkładamy naczynie z warzywami. Pieczemy ok. godzinę, co jakiś czas mieszając, by się nie spaliły. 

Soczewicę dokładnie płuczemy, odstawiamy do odcieknięcia.

Przygotowujemy garnek. Wkładamy do niego upieczone warzywa. Zalewamy wodą do poziomu warzyw, dodajemy soczewicę, liście laurowe, kulki ziela angielskiego, lubczyk suszony. Gotujemy ok. 15 minut. 

Zawartość garnka blendujemy. Ja nie zrobiłam super ekstra gładkiej zupy, bo lubię taką niedokładnie zblendowaną. Dodajemy do zupy posiekaną natkę, mieszamy, smakujemy. Gdy jest mało słona lub gdy czegoś jej brakuje - dodajemy brakujący składnik. Jeśli jest ona zbyt gęsta to przestawiamy garnek na kuchenkę, dodajemy wody, gotujemy chwilę.

Bardzo smaczna jest gdy się poda ją z grzankami :-)

Ilość porcji: ok. 3

Oczywiście przed blendowaniem wyciągamy ziele angielskie i liście laurowe :-)

 

Rozgrzewające (wege) dania EDYCJA II

17:37, marrrgott , Zupy
Link
sobota, 11 października 2014

Moja dobra koleżanka, u której byłam niedawno z wizytą przygotowała bardzo pyszne, czekoladowe ciasto. Pomimo tego, że za bardzo nie lubię piec zapragnęłam upiec jakieś smaczne i czekoladowe ciasto. Pierwszym moim krokiem było odnalezienie zadowalającego mnie przepisu. Nie było to trudne, tak więc do upieczenia ciasta wybrałam w zasadzie pierwszy z brzegu przepis na wegański murzynek błyskawiczny. Był on słodki i lekko korzenny za sprawą dodanego cynamonu. Ja jednak chciałam coś jeszcze bardziej czekoladowego, w związku z czym pokusiłam się o małą modyfikację przepisu. Do pieczenia mojej wersji użyłam foremki silikonowej o wymiarach 25x13,5x6 cm.

Składniki:

-1,5 szklanki mleka sojowego

- 1,5 szklanki przesianej mąki pszennej

- 1 łyżeczka sody

- 1/2 szklanki cukru

- 4 łyżki kakao

- 1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej

- 1 łyżeczka octu

- 1/3 szklanki oleju

- tabliczka gorzkiej czekolady

- opcjonalnie wiórki kokosowe

Wszystkie składniki za wyjątkiem gorzkiej czekolady i wiórków kokosowych umieszczamy w misce, a następnie miksujemy do połączenia się składników. Ciasto wylewamy do foremki. 

Piekarnik rozgrzewamy do temperatury 180 stopni Celsjusza i pieczemy. U mnie trwało to troszkę ponad godzinę, choć w oryginalnym przepisie zaleca się piec ciasto około 40 minut. W związku z tym zalecam po 40 minutach zacząć sprawdzać ciasto patyczkiem. 

Gdy ciasto będzie już gotowe odstawiamy do ostygnięcia.

Tabliczkę czekolady kruszymy i rozpuszczamy w kąpieli wodnej. Tak rozpuszczoną masą smarujemy ostudzone ciastko, ewentualnie posypujemy wiórkami kokosowymi. Wkładamy do lodówki, by czekolada zastygła.

I to wszystko :-) 

12:01, marrrgott , Słodkości
Link
niedziela, 21 września 2014

Naszła mnie ochota, by przygotować coś na kształt pulpetów sojowych firmy Primavika. Nie ukrywam - trochę czasu mi to zajęło, ale z efektu jestem zadowolona. Miałam smaczny, sycący obiad. Część pulpetów zakonserwowałam w słoiku, za jakiś czas zobaczę, czy takie zakonserwowane też będą dobre. Mam nadzieję, że tak, bo już ślinka mi cieknie na samą myśl ;-)

Składniki:

- szklanka suchego ziarna soi

- 3 łyżki cebulki prażonej (takiej kupnej)

- kromka namoczonego w wodzie chleba

- 3 łyżki kaszy manny

- mąka do obtoczenia pulpetów

- olej do smażenia

- przyprawy (sól, pieprz, czosnek granulowany)

Sos:

- dwie dorodne cebule

- 5 kopiastych łyżeczek koncentratu pomidorowego

- 2 listki laurowe

- dwie kulki ziela angielskiego

- łyżeczka lubczyku

- łyżeczka cukru

- czosnek granulowany

- pieprz

- 3 szklanki wody

Soję moczymy przez noc w dużej ilości wody. Następnie odlewamy ją, przekładamy do garnka, dodajemy trochę soli i zalewamy dużą ilością wody. Gotujemy do miękkości, ja gotowałam ok. 3 godzin. Gdy woda się redukowała dolewałam ciepłej wody z czajnika, by wody było cały czas dużo. Gdy soja się ugotuje odcedzamy ją i pozostawiamy do ostygnięcia.

Następnie zabieramy się za mielenie soi. W tym celu najlepsza będzie maszynka do mięsa. Niestety ja takowej nie mam, więc użyłam blendera. Trochę trzeba się przy tym napracować i uważać, by nie spalić silniczka, ale da się. Nie udało mi się jednak soi zmielić idealnie, ale nie było źle. Gdy soja będzie zmielona dodajemy do niej namoczony i dobrze odciśnięty kawałek chleba, cebulkę prażoną, przyprawy: sól, pieprz, czosnek granulowany(tak konkretnie, by nadać soi smak, można też użyć takich przypraw jak majeranek czy tymianek). Wszystko mieszamy łapką i zgniatamy przepuszczając przez palce, by połączyć składniki. Masa powinna być zbita. Następnie dodajemy 3 łyżki kaszy manny i powtarzamy mielenie łapką. 

Z masy formujemy kulki. Takie ok. 1,5-2 cm średnicy. Układamy je na talerzyku. Do osobnej miseczki wsypujemy mąkę. Obtaczamy w niej każdą kulkę i strzepujemy jej nadmiar. 

Na patelni rozgrzewamy olej. Wlałam go niemało. Gdy się dobrze rozgrzeje wrzucamy nasze kulki. Smażymy co jakiś czas potrząsając patelnią, by każda strona kulki była przyrumieniona. Pod koniec smażenia posypałam wszystko dodatkowo solą.Usmażone pulpety odkładamy na papierowy ręcznik. Mogą sobie stygnąć.

Teraz robimy sos pomidorowo-cebulowy. Wiem, że każdy robi go na swój sposób. Ja robiłam go tak: cebule pokroiłam na półplasterki. Na patelni rozgrzałam olej i smażyłam na małym ogniu do zezłocenia. Następnie dolałam wodę, sól, pieprz, czosnek granulowany, dodałam też ziele angielskie, liście laurowe, lubczyk, cukier oraz oczywiście koncentrat pomidorowy. Przykryłam patelnię i gotowałam na średnim ogniu ok. 10 minut. Następnie zmiksowałam sos blenderem, żeby się zagęścił. Można także go dodatkowo doprawić. Do zmiksowanego sosu dodałam wcześniej przygotowane kulki sojowe. Podgrzałam wszystko. Gorącą połowę przełożyłam do czystego słoika z zamiarem konserwacji. Drugą połowę przełożyłam do pojemnika, poczekałam aż jego zawartość ostygnie i przełożyłam do lodówki z zamiarem zjedzenia następnego dnia na obiad.

Tak też zrobiłam. Następnego dnia ugotowałam makaron, podgrzałam pulpety z sosem. Ciepłe pulpety wyciągnęłam z garnka, odłożyłam na talerzyk i do sosu dodałam ugotowany makaron. Wszystko wymieszałam. Przełożyłam na talerz, na makron położyłam pulpeciki. Najadłam się do syta :-)

Ilość kulek: ok.19 sztuk

Mała uwaga odnośnie sosu - podczas obiadowego odgrzewania musiałam go trochę rozrzedzić wodą.

A poniżej kulki po usmażeniu i przed umieszczeniem w sosie:

niedziela, 14 września 2014

Wczoraj wieczorem przygotowałam prostą sałatkę. Spędziła sobie noc w lodówce i była idealna na dzisiejsze śniadanie.

Składniki:

- 4 duże (wielkości pięści) ziemniaki

- 4 duże ogórki konserwowe

- cebula czerwona

- kopiasta łyżka majonezu

- łyżeczka musztardy sarepskiej

- przyprawy (sól, pieprz, czosnek granulowany)

 

Ziemniaki myjemy, gotujemy w mundurkach w dużej ilości wody do miękkości. Odstawiamy do całkowitego ostygnięcia. Następnie obieramy, kroimy w plasterki dzieląc je potem na półplasterki. Przekładamy do miski. 

Ogórki konserwowe wyciągamy ze słoika, kroimy wzdłuż na 4 części, a następnie w miarę równą kostkę. Dodajemy do ziemniaków.

Cebulę obieramy i kroimy jak najdrobniej nam się uda. Przekładamy całość do pozostałych składników. 

Do miski z warzywną zawartością dodajemy łyżeczkę musztardy, kopiatą łyżkę majonezu oraz przyprawy. Wszystko dokładnie mieszamy. Odkładamy sałatkę do lodówki na kilka godzin, by smaki się przegryzły.

Poniżej sałatka w towarzystwie roszponki - bo lubię takie zielone liście. Myślę, że rukola także pasowałaby do sałatki. Jednak bez tych dodatków sałatka także jest smaczna :-)

Ilość porcji: 3-4

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Tagi
Image and video hosting by TinyPic Durszlak.pl Vegespot.pl - Przepisy wegetariańskie
Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów Top Blogi Odszukaj.com - przepisy kulinarne
zBLOGowani.pl
Instagram